14.08.2021
Jazda nr: 887

Tagi: drzewa, wiejskie_przygody |

Dzisiejsza trasa choć nabiła trochę kilometrów, trudna jest do uznania za w pełni udaną i szczęśliwą. Duża zmienność, niepewna pogoda najbardziej definiowała jej nieprzewidywalny wymiar. Nadmiarowe kilometry także nie pomagały. A do tego ta nieustanna zmiana, blokowanie dojścia do pewnych miejsc, które już udało się zwiedzić, albo jak to jest w niektórych przypadkach nie udało (Maszewo, Octownia). To dobijająca myśl. W życiu potrzebuję stabilizacji i pewności. A tu nigdy tej się nie ma. Ostatnie 2 lata dodatkowo oznaczają brak jakiejkolwiek stabilizacji wynikającej z powodu Covida. Nigdy nie wiadomo co się stanie, a co rusz nowe rewelacje mogą burzyć i tak kruche poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji, której się tak potrzebuje. Te jakże potrzebne elementarne odczucia nie były budowane przez dzisiejszą trasę, wręcz przeciwnie - rujnowane w każdym jej aspekcie. Przemijały te kilometry, w ciężkich warunkach. Chłód, nieustępujący wiatr dawał się mocno we znaki. Tendencyjna wręcz monolityczna przestrzeń, wypełniająca z każdej strony lasami. Całe kilometry wśród lasów, wśród niekończących się lasów, a tudzież jedynie pustki. Ani żywej duszy, ani samochodu, ani diabła na rozdrożach oferującego sprzedawane przez niego usługi. Po prostu nic. Dość męcząca wizja, piekła doskonałego. Skoro dookoła nic się nie zmienia, poza mniej istotnymi szczegółami, a droga trwa i trwa. Na koniec tej wyprawy i tak nie jadę najkrótszą, najlepsza drogą - mimo zmęczenia, i coraz większego znużenia. Dziś jak prawie nigdy gdy minęło 100 km, nie czułem się tak, że mogę wszystko. Nie czułem się tak jakbym miał TĘ MOC, by móc jechać znów całą noc. Wręcz przeciwnie. Byłem wypłukany z sił, z wszelkiej nadziei i wiary w to co robię. Być może powtarzane od 2 tygodni jeżdżenie na naprawdę spore dystanse: Nadmorskim szlakiem: "z Singlowymi", Przeplatana historia - sprawiło w końcu, że już po prostu nie mogę. Nie dam rady dalej walczyć o to. W końcu 100 km i dalej to nie jest mała trasa. Wymaga wiele wysiłku, a mnie coraz więcej spraw przytłacza. To zaś nie pomaga. Wszystkie te elementy jakoś łączą się ze sobą w niezrozumiałej symbiozie, współpracują w najmniejszych detalach, tworząc wspomnianą przeze mnie rzeczywistość. Każdy krok, każda decyzja jest dość nie pewna. Jedno jest jednak pewne, że czasami można się poddać za szybko. Dziś takie myśli aby zrezygnować z trasy pojawił się już w drodze do Radzimia i w samym Radzimiu. Z rana było dość specyficznie. Chłodno, nie przyjemnie. Ten silny wiatr. I nieustępujące uczucie, że dziś nie jest ten dzień gdy mogę wiele. A jednak wbrew sobie i tym uczuciom podjąłem dalszą walkę, wytrwale nieustępliwie podążając wyznaczoną drogą. I póki jeszcze jechałem do Goleniowa mój cel był jasny, choć mapy Google definiowały trasę w nieco inny sposób. Już jednak za Goleniowem wszystko się rozjechało. Gdybym bardziej pilnował tego jak mógłbym jechać - może nie byłbym dzisiaj tak wykończony. Może dzisiejsza trasa nie byłaby tak ciężka.. Z planowanych ok. 120 km mogło mi wyjść jakieś 130. A tym czasem wyszło 140. No nie jest źle. W końcu zawsze mogłem jeszcze bardziej pomylić założone drogi. A mym założeniem z jakiegoś absurdalnego powodu było dojechać do Babigoszczy. Po co spytacie. A, żebym ja sam wiedział..
brak

* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1
* Poprawka licznika z powodu bugów 2021 r. Wartość jak na zdjęcu licznika.
  • ID wpisu: 892

  • Trasa nr [łączna]: 973
  • Trasa nr [na blogu]: 887
  • W tym tygodniu: 4
  • W tym miesiacu: 8
  • W tym roku: 147

  • Trasy unikalne [dzień = trasa]: 963 dni [łączna]
  • Trasy unikalne [dzień = trasa]: 877 dni [na blogu]
  • Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 10 dni

  • Stan Licznika Poczatkowy: 1557.79 km
  • Stan Licznika Końcowy: 1698.73 km
  • Stan Licznika Końcowy2*: 1699.1 km

  • Stan Licznika 2* Poczatkowy: 14180 km
  • Stan Licznika 2* Końcowy: 14321 km

  • Maksymalna prędkość: 34.5 km/h

  • Przejechałem: 140.94 km
  • Przejechałem [msc]: 536.68 km
  • Przebieg roweru [rok]: 6379.91 km
  • Przebieg roweru [suma]: 38391.27 km

  • Przejechalem w 2021: 6379.91 km
  • Podroż dookoła świata (2021) 15.9498 [%] km
  • Podroż dookoła świata (łączna) 95.9782 [%] km

  • Czas jazdy: 08:39:09 h
  • Czas Jazdy Suma (ever): 2424:48:58 h
  • Czas Jazdy Suma (blog): 2201:22:50 h
  • Czas Jazdy Suma (2021): 400:49:10 h
  • Czas Jazdy Suma (w tym msc): 33:14:35 h
  • Średni czas jazdy w miesiacu: 04:09:19 h
  • Średni czas jazdy w tym roku: 02:43:36 h
  • Średni czas jazdy do tej pory: 02:28:04 h

  • Średnia: 16.29 km/h
Trasę z dnia dzisiejszego cechuje przede wszystkim zmienność i tak daleko idąca nie pewność, że żaden krok, żadna decyzja nie jest do końca słuszna. Nie można także jednoznacznie stwierdzić zwycięstwa, poddać się triumfalnej chwale choćby z powodu: "wyjechałem, zrobiłem pierwszy krok". Tak się usprawiedliwiałem w chwili dość szybkiego zwątpienia, które towarzyszyło mi dosłowne od pierwszych kilometrów trasy, w którą ruszyłem jeszcze przed godziną 9 rano. Już było zimno i nie przyjemnie. Pierwsze co uderzało tak mocno, tak zniechęcało to ten nieustanny szum tego złego świata. Jechałem po dawnej drodze DK6, w stronę skrzyżowania na Łosośnicę, niegdyś te samo skrzyżowanie pozwalało jechać do Potulinca. To jednak dawne czasy, które wspomnieniach wciąż żywe pozostają. Teraz równolegle do trasy DK6 ciągnie się ta zła droga S6. Gościła ona dziś dziesiątki tysięcy aut. Nie było mowy o żadnej chwili, ani sekundy spokoju. Nieustannie wypełniając każdą choćby najmniejszą jednostkę czasu, jechali bez sensu, bez celu a to w stronę Szczecina a to w stronę Gdańska te najróżniejsze pojazdy. Od małych przez większe, od szarych jak otaczająca nas rzeczywistość po wyrafinowane żywe kolory. Od młodzików po pełnoletnie sztuki. Przez dosłownie minuty, które budowały początek trasy - byłem już wrakiem człowieka. Nie dojechałem do skrzyżowania na Łosośnicę choć dzieliło mnie od niej może z 500 metrów. Wjechałem do Wyszogóry. Nie dałem rady dalej jechać w tym szumie, prowadzącym do najciemniejszych myśli, głęboko skrywanych w odmętach świadomości. Nieco lżej, choć nie łatwiej wyglądała dalsza droga, dookoła wsie, pola i trwające w najlepsze żniwa. Dziesiątki ciągników, kombajnów tak wytrwale pogrążonych w swojej pracy, napędzały mnie do dalszych działań. Wkrótce Łosośnica, skręcam na Łosośniczkę i jadę nieznaną mi drogą. Choć krótka (ok. 4km) co kawałek zmieniała się jej powierzchnia, od rozjechanego piachu, przez niemiecką kamienną drogę, po znów zwykłą piaszczystą trasę. Wyjeżdżałem z tej drogi w Troszczynie, zaraz był Radzim. Wjechałem pod tutejszy dworek: Urbexowa Wielkanoc. Nadal jest. Choć jest to, czego się obawiałem, że wejście do niego zablokowano jak w Dreżewie. No może nie tak samo, bo teoretycznie się wejdzie - przez okna do piwnicy, ale jednak główne wejście zamknięte: Dreżewo: Pałac von Boninów. Kłódka, łańcuch i tak piszą się dzieje dworku, który był główną myślą trasy. Kolejną była wieś Wierzbęcin, i nie daleko osadzona Oszczyca przez kolonię Wierzbęcin. Tą drogę dość dobrze pamiętam z mojego rowerowania z przed laty w roku 2015 r. Wyjeżdżałem z Oszczycy na skrzyżowanie DW106 i przejechałem prosto po piaszczystej drodze, powracając na Nowogard. A gdzie dalej szły moje szlaki.. Tego już nie pamiętam. Dziś odwiedziłem tą drogę na nowo, choć dobrze skojarzyłem, że w Oszczycy "we współczesnych" czasach byłem. Współczesnych - odkąd mam bloga ;) -> Nowe trasy, nowe przygody!. Wiatr nie ustawał, moje wątpliwości rosły. Choć walczyłem, wiedziałem, że jestem bez silny wobec natury. Wkroczyłem na ciężkie tereny, droga DW106 po same Maszewo była czymś więcej niż drogą przez piekło. Nieustającą gehenną wśród nienormalnie wielkiego ruchu aut, który nie ustawał ani na chwilę. W stronę Stargardu i w przeciwną na Kamień Pomorski nieustannie jechali. Co chwila niebezpieczne sytuacje, wyprzedzanie. Standard ciągnący się po same Maszewo. Tam chwila spokoju, odwiedziłem Octownię. Pewnie nadal zabarykadowana, choć trzeba mieć ją na uwadze. Może zdarzy się dzień, że na nowo będzie możliwe jej odwiedzenie! :) A tym czasem droga prowadziła mnie już na Goleniów - znacznie przyjemniejszą trasą, z mniejszą ilością aut. W Goleniowie wybrałem się na kebaba. Coś po tylu kilometrach podróży trzeba było w końcu zjeść. I można było ruszać dalej - przede mną Żółwia Błoć, Łoźnica. A z niej niepotrzebna wycieczka do Babigoszczy, z której gdy wracałem w Łoźnicy natrafiłem na ruiny pałacu. Jest w takim stanie, że wbijać tam nie ma sensu. Ostał się środkowy korpus tylko ale tak nie pewny, że w każdej chwili może runąć. Boczne ściany już czasem zniszczone. Przemijająca piękna historia, tak niedbale wpisująca się w jesienny nastrój, który wnikliwie otaczał każde wydarzenie związane z dzisiejszym dniem.. Pałac Łoźnica, Pałac Łoźnica - polskiezabytki. I taka uwaga do strony Polskie Zabytki (link 2), nie ma daty zdjęcia ale jest mocno nie aktualne, gdyż obecny stan jest katastrofalnie gorszy. Gdyby nie to, że centralna część pałacu jeszcze stoi, w ogóle nie zwróciłbym uwagi na to, że coś tam jest. I cóż, Łoźnica. Byłem tu dawno temu. Zamiast jechać na Czermnicę to pojechałem na Golczewo. Ostatnia droga, ostatnie wyzwanie. Zmęczenie, wiatr i zbliżający się koniec dnia.. Było ciężko, lecz nie tragicznie. Choć już częstsze postoje. Łapała mnie migrena, nie czułem się za dobrze lecz walczyłem.. -> Polskie drogi - dzień 2 - trasa, gdzie dojechałem do Łoźnicy w 2017 r. Dopiero pod Golczewem, postanowiłem nie jechać przez miasto, a przez częściowo kijową drogę rowerową, leśną ominąć miasto. Mały skrót. Zaoszczędziłem kilka km. Wyjeżdżając na ostatnią prostą, gnałem już co sił w nogach. Zazwyczaj prędkość nie schodziła z 20+km/h. Wróciłem. To się rzadko zdarza w moim współczesnym doświadczonym jeżdżeniu ale wróciłem wykończony.. Wiedziałem, że będzie gorzej, migrena brała mnie już na trasie. Dobił mnie wiatr. Dobił mnie ruch aut. Jak takowy za bardzo mi przeszkadza to wiem, że będę miał atak migreny. Ta maskuje się pod wieloma czynnikami, u mnie dość wyraźnym jest nadwrażliwość na dźwięk, który staje się męczący, drażniący. Nikt kto nie przeżywa takich emocji, nie jest wstanie ich zrozumieć.. Mimo migren, mimo tego, że mam życie jakie mam - to walczę o tą swoją niepewną przyszłość. Ta, od dziś ta przyszłość maluje się w jesiennych barwach. Coraz mocniej widać tą wdzierającą się w naszą letnią rzeczywistość jesień.. Odbiera nam sny, odbiera nam marzenia.. Lecz nigdy nie odbierze nam Nas! A co jeszcze odbiera nam jesień? Las. Nie rozwijałem mimo początkowych planów tego zagadnienia. Rzeź lasów jak rzeź lasów, nie ważne czy to Puszcza, czy obiekt Natura 2000. A może zwykły las, dom tylu zwierząt i stworzeń. Wszystko trzeba zniszczyć.. Temat zbyt wiele razy wałkowany, po raz kolejny naprawdę nie ma sensu. Przecież liczy się tylko to, że można odebrać nam sny, marzenia ale nigdy nie odbierze się nam Nas, tak długo jak długo będziemy ze sobą związani więzami przyjaźni, miłości i bezgranicznego zaufania w jedności wobec tego co dobre i słuszne! I niech tak trwa cudowna chwila, której nawet róży kwiat nie zmruży..

Oto jedno ze zdjęć z trasy :)

trasa14sierpnia2021zdj1.jpgtrasa14sierpnia2021zdj2.jpgtrasa14sierpnia2021zdj3.jpgtrasa14sierpnia2021zdj4.jpgtrasa14sierpnia2021zdj5.jpgtrasa14sierpnia2021zdj6.jpg


Mapa przebiegu trasy :)