Dzisiejsza trasa jest jedną z moich większych przygód i jedną z większych tras jakie zrobiłem! Przygoda zaczyna się przede wszystkim najwcześniej z dotychczasowych moich wszystkich, pokonując tym samym trasę z przed prawie równego roku: Nadmorskim szlakiem, gdy skromnie wyjeżdżałem prawie o 4 nad ranem, a dzisiaj jeszcze przed 3 w nocy ruszyłem w tą wyprawę pełną przygód i nie wiadomej co ona konkretnie przyniesie, i gdzie mnie konkretnie zaciągnie. Z wielu względów trudna trasa, niepotrzebnie mieszana w jeździe w grupie, która zaczęła już odstawać poziomem ode mnie, znacznie przyspieszyła co było widoczne już na ostatniej wspólnej trasie: Trasa Szczecin - Lubczyna. Albo ja się robię za słaby na te zabawy albo oni za dobrze. W sumie planowałem dzisiaj zrobić 200 km dystans, i wiele wskazuje na to, że udałoby mi się gdybym jechał sam, niezłomnie, niestrudzenie ku zaplanowanej trasie, która miała prowadzić mnie ze Świnoujścia na Wolgast. Wiele wskazuje na to, że już jutro 01.08.2021 r. do odwołania z tą trasą się nie zmierzę. Ani z innymi po terenie Federacji Niemieckiej. Wiele wskazuje na to, że niemieckiemu ścierwu do końca rozum odjęło. Mimo, zaszczypania 43,4M niemieckiego ścierwa (52,3% populacji) statystyki na dzień 31.07.2021 r., wskazują powrót u nich covida, i rzekomej 4 fali. To ciekawe bo niektóre kraje borykają się już z 5 falą. Ich durne decyzje nieoficjalnie wskazują na utrudnione przekraczanie granicy także w ramach małego ruchu przygranicznego, którym się dzisiaj wraz z grupą Singlove przemieszczałem. Do odwołania a więc mała szansa, że w tym roku - do niemiec się już nie wiedzie. U nich covid znowu atakuje :( No ale skoro atakuje tylko nie zaszczypanych to nie wiem w czym kurwa problem. Nagle pod koniec 2019 r. świat zwariował i ta agonia normalności trwa po dziś dzień. Nie można być w ogóle pewnym jutra ani tego co się wówczas wydarzy. Coraz większy nacisk na szczepienia, które jak widać nic nie dają. Bo skoro zaszczypani mieliby nie chorować a jest ich tak dużo to niech pozostali przechorują ;) Będą ozdrowieńcami, też nie będą chorować. Przecież jest taka, że ktoś ma durny katar i powiedzą, że to śmiercionośny covid. Także tylko te durnoty nieco spędzają mi sen z powiek, i sprawiają, że dni są takie nie pewne o czym przekonałem się w czwartek 29.07, gdy nie potrzebnie pojechałem do pracy (mimo urlopu) i się tylko zdenerwowałem. Była wówczas spora medialna nagonka nie tyle co na te pierdolone niemcy, co na przymusowe szczepienia w niektórych zawodach. Jakby niektórzy mieli mieć mniej wolności i swobody niż pozostali. To tylko gra pozorów, nie wielu jednak ją dostrzega. A poszło o to, że rada medyczna debili i pojebów miała zmuszać marionetkę premiera nie jakiego Mateusza Morawieckiego, do wydania w Polsce przykazu, przymusu mówiąc wprost szczepienia wszystkich pracowników służby zdrowia a także nauczycieli i pozostałych pracowników szkoły. To mnie tylko zdenerwowało. Rozwaliło kolejne dwa dni, gdy nerwowo wyszukiwałem wszystkich informacji na ten temat. Wg. dyrektorki w szkole te zalecenia miałyby być dalej niż pewne i z całą pewnością wprowadzone w życie. To nie jako uwaga do mnie, bo poza nie wielkim odsetkiem liczonym w jednościach, jestem tu osobą, która nie dała się zastraszyć tej kierowanej na zyski polityczne pandemii. Świat zwariował dookoła, a my w ten absurd pędzimy coraz bardziej. Przymusza się w dalszym ciągu ludzi do szczepień i to się skończy nawet jeśli osiągnie się ten magiczny próg 70% wyszczepionych. Wynikiem tych debilizmów są zmarnowane dni, niepotrzebne nerwy, stres. A teraz także ograniczenia w podróżowaniu. One są już teraz wprowadzone. I ciekawe w jaki sposób odbije się to na organizacji X Rajdu Dookoła Zalewu Szczecińskiego, przeniesionego na dni 2-3.10.2021 r. Obawiam się, że nic z tego bo do tego czasu niemcy się w ogóle całkowicie zamkną. Nie wiadomo co zrobią w Polsce. Więc nie sądzę, że będzie to możliwe. Jeśli nie przez same niemieckie ścierwo to przez ograniczenia pracy hoteli w Polsce, a to główny punkt "wycieczki". Ów przekładanego co rusz wyjazdu, na który nieustannie przygotowuję się od jesieni 2019 r. I coraz bardziej powątpiewam w to, czy kiedykolwiek na taki rajd z Gryfusami pojadę. Jedyną na to szansą jest dalszy w roku termin niż Kwiecień. Ten jest po prostu "za szybko" aby organizować taki długi i trudny wyjazd. Mówimy w końcu o 270 km w 2 dni. To jest spore wyzwanie, i kłopotliwe. Jeśli mimo wszystko się w tym roku nie pojedzie, nie uda się pojechać.. To wątpię czy kiedykolwiek się na niego wybiorę. Muszę w końcu brać pod uwagę to, że będę coraz starszy, więc nie będzie mi łatwiej podejmować takie wyzwania. No cóż, pełny przygód dzień jednakże trwał. Nie udało mi się osiągnąć tych 200 km. Zrobiłem i tak ładny wynik w sumie 172 km też nie jest źle! To jest TOP10 moich najdłuższych tras w życiu. A może nie było mi dzisiaj pisane przejechać 200km? Zrobiłem to kilka razy w życiu, i zawsze towarzyszyła mi wtedy pewna myśl, tuż przed trasą. Nie dawało mi to spać. To była oczywista niepewność czy się uda, czy to właściwe. Dzisiaj natomiast nie miało miejsca. Ani z nocy z 30.07 na 31.07 gdy wyjeżdżałem ani w poprzednie dni. A może gdzieś tak w głębi siebie nie wierzyłem do końca w to, że w ogóle pojadę czy, że się uda? W minionym tygodniu nie jeździło mi się za dobrze. I nie robiłem długich tras. Było pełno niepewności i złych wydarzeń dookoła. Jak nie pierdolony owsiak i jego festiwal kurw i błaznów, to wiele niepewności i braku wiary w swoje możliwości: Trasa "20-stka": niepewność. Tym bardziej cieszę się, że w ogóle pojechałem i w ogóle osiągnąłem takie ładne wyniki. A była to pod wieloma względami ciężka trasa. Mało snu. Późno zasnąłem i to z migreną na koniec dnia. Od godzin nocnych przez całą noc, a potem większość dnia praktycznie nic nie jadłem. Dopiero w Świnoujściu po powrocie z Niemiec, ale na to minęło jeszcze sporo czasu.. Także wyzwań miałem co nie miara. I wszystkim co najważniejsze sprostałem! Odwiedziłem parę nowych nieznanych mi dotąd dróg. Może nawiązały się jakieś nowe kontakty, znajomości? No kto wie co z tego może wyniknąć..
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1 * Poprawka licznika z powodu bugów 2021 r. Wartość jak na zdjęcu licznika.
ID wpisu: 884
Trasa nr [łączna]: 965
Trasa nr [na blogu]: 879
W tym tygodniu: 4
W tym miesiacu: 23
W tym roku: 139
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 955 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 869 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 10 dni
Stan Licznika Poczatkowy: 989.84 km
Stan Licznika Końcowy: 1162.05 km
Stan Licznika Końcowy2*: 1162.42 km
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 13612 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 13784 km
Maksymalna prędkość: 39.3 km/h
Przejechałem: 172.21 km
Przejechałem [msc]: 1162.9 km
Przebieg roweru [rok]: 5843.23 km
Przebieg roweru [suma]: 37854.59 km
Przejechalem w 2021: 5843.23 km
Podroż dookoła świata (2021) 14.6081 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 94.6365 [%] km
Czas jazdy: 10:32:03 h
Czas Jazdy Suma (ever): 2391:34:23 h
Czas Jazdy Suma (blog): 2168:08:15 h
Czas Jazdy Suma (2021): 367:34:35 h
Czas Jazdy Suma (w tym msc): 72:37:00 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 03:09:26 h
Średni czas jazdy w tym roku: 02:38:40 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:27:10 h
Średnia: 16.35 km/h
Trasa z dnia dzisiejszego rozpoczęła się dla mnie późną nocą o godzinie 243 gdy wyjeżdżałem z pod osiedla, gdzie mieszkam. Świat jeszcze śpi a ja już w drodze. Nocą jechało mi się względnie dobrze, było dość ciepło. Gorzej się zrobiło rano gdy jeszcze przed godziną 8 dotarłem do Świnoujścia. Zaczął się zmagać coraz większy silny wiatr. I było już mniej przyjemnie. Będąc w tym miejscu trasy długo rozważałem co zrobić. I w sumie nie byłoby najgorszym wyjściem to jakbym po prostu pojechał sam na planowany objazd trasy. Mimo większego dystansu pewnie mniej bym się zmęczył i sobie na spokojnie tą trasę zaliczył. No ale tak naprawdę nastawiłem się na to, że pojadę z Singlowymi przynajmniej kawałek. I od początku liczyłem na to, że dojadę tu na rowerze. Nie sądziłem jednak, że mi się uda. Jeśli o to chodzi to nie wierzę w siebie a tu takie zaskoczenie. Trasa liczona w TOP10 moich najdłuższych jednodniowych wyjazdów to nie jest zły wynik, biorąc pod uwagę to jak wyglądała moja trasa już po dojechaniu do Świnoujścia. A nie było tak przyjemnie gdy wyjeżdżałem. Jechałem sobie spokojnie. Robiłem postoje na jakieś fotki księżyca czy relacje. Czy po prostu tak o się zatrzymać. Wszystko nieustannie zmierzało do poranka, już około 4 nad ranem zaczęło się przejaśniać. Zbliżałem się wtedy do Parłówka. Gdy mijałem Parłówko (obwodnica) i wjeżdżałem na fragment drogi S3 było już w zasadzie jasno. Złapał mnie tu przelotny deszczyk. Nic groźnego. Taki przelotny deszczyk się kilka razy dzisiaj zdarzył. Był nieodłącznym elementem dzisiejszej pełnej trudu wyprawy, na której dodatkowo przeszkadzał silny wiatr. Po spokojnej nocy już po godzinie 6 rano wiatr zaczął się zmagać coraz bardziej. Gdyby tego było mało to dzisiaj nie doczekałem się pięknego wschodu słońca :( W zasadzie takowego w ogóle nie było, stąd nie ma tagu o wschodzie słońca w dzisiejszym wpisie. Na szczęście chociaż zachód słońca mnie nie ominął! Spokojna trasa zamieniła się w pełną nierównej walki drogą o przetrwanie. Fragmenty S3 przecinające się nadal z DK3 prowadziły wprost do Świnoujścia przy coraz bardziej intensywnym, męczącym i wprost mówiąc: nienormalnie wielkim ruchu aut. Ten stawał się coraz bardziej agresywny. Każdy każdego musi wyprzedzać. I nie ważne czy wali na czołówkę czy co robi, on musi bo mu się spieszy. Chora sytuacja, tym bardziej jest chore budowanie tutaj drogi S3, która ma być w całości dwupasmowa w jedną stronę do samego Świnoujścia. Na razie nie wiele widać, ale przetargi poszły. Prace ruszą wiosną 2022 r. I będzie się tutaj z całą pewnością sporo działo. Jakoś tą próbę przetrwałem no ale byłem zbyt szybko w Świnoujściu. Stawałem przed kolejną nierówną walką. Wypoczętych, wyspanych i po śniadaniu turystów co przyjechali PKP. Tylko MK gnał rowerem ze Szczecina, no ale on to inna liga. Ostatecznie będąc atakowanym w środku miasta przez jebane komary doczekałem się tej godziny 9. Nawet parę minut po, na przyjazd Singlowych. Pociąg którym jechali miał kilku minutowe opóźnienie. I ruszyliśmy przez miasto do Kaminke. Małe miasteczko położone przy Zalewie Szczecińskim. Pierwszy punkt wycieczki, gdzie już trochę odstawałem za nimi. Rzucili się do tej jazdy, w pełni turystycznym tempem (jakieś 23-25 km/h). Po tych dziurach itd. Jednak tu jeszcze ich temperament powstrzymywały wielkie górki, dość wzniosłe, które były w tej wsi. Tu musiałem jechać na młynku i ledwo wjechałem. Pochwalę się, nie mniej, że podjechałem pod górkę. Kilku osobom mimo lżejszych rowerów się nie udało. Jednak dalsza część drogi to była już walka o przetrwanie i niczym nieuzasadnione pędzenie przed siebie. Nawet nie patrzyli czy kogoś z tyłu zostawiają. Górki, nie górki. Ale w wielu miejscach też fajne widoki. I to miała być turystyka? Nie sądzę. Już w drodze do Garz się pogubiliśmy, nieco lepiej było do już mi dobrze znanych stron jak do Korwandt. Ale to tylko na chwilę. Bo zaraz znowu szaleli, bez postoi z szybką jazdą pod wiatr, pod wszystko w niczym nieuzasadnionym pędzie jechaliśmy wzdłuż drogi K41, do miejscowości Reetzow gdzie zjechaliśmy na drogę K39. Mijając jezioro Gothensee dojechaliśmy do Basin. Dojechaliśmy do tej dużej nadmorskiej miejscowości z nieznanej mi do tej pory drogi :) Tu już dłuższy postój i dalej wbrew logice bo większość osób byłaby za tym aby wrócić do Świnoujścia na obiad i dopiero jechać dalej, pojechaliśmy już faktycznie wzdłuż wybrzeża na wysokość Uckeritz. Tak nas wspaniale prowadzili, pewnie w ogóle nie znając dróg, że nie jechaliśmy już DDR. Blisko plaży, po zwykłej leśnej drodze, która dla mnie była nieprzejezdna. Dalej nie wiedzieli gdzie jechać, i jechali przed siebie, kolejnymi dróżkami, mijając wypoczynkowe kurorty niemców. Aż w końcu siły im się pokończyły. Szukali miejsca postoju. Stanęli w końcu przy jakimś "barze". Ceny kosmos, i to w Ojro. Za 15 euro, dostali po kawałku pizzy - dosłownie. Hahaha i dobrze. Tak się kończy durnota. Po 5 euro była szklanka piwa (fakt, że taka duża 0,5L chyba) ale to jednak 5 euro. Jak na zarobki w Polsce to dużo. Tu siedzieliśmy dłuższą chwilę po czym wracaliśmy już w stronę Świnoujścia. Jednak ta droga się dość dłużyła. I teraz już nie przeze mnie. Tak się bawili, jechali szybko, że teraz już nie byli wstanie. Co chwila przerwa, postój, i koniec tego pajacowania był. To po co było w ogóle tak szaleć?! Mocno się zawiodłem na Singlowe. Jeszcze w zeszłym roku gdy ich poznałem była to fajna grupka. A teraz robią się gorzej niż zawodowcy. A co gorsza robią się jak ci Gryfusy. Sporo złych nawyków po nich przejmują. Miałem utrudnioną tą jazdę. Durne za długie przerwy gdzie nie potrzeba czy brak postoi tam gdzie potrzeba. W biegu aby za bardzo się nie zgubić za nimi, przebierałem się jeszcze po nocy. Po godzinie 8 czy 9 było dla mnie za zimno. Ale już po 11 było ciepło. I nie miałem nawet jak i gdzie się przebrać. Po drodze na szybkiego chociaż koszulkę zmieniłem. Spodenki w kiblu dopiero w miejscowości Bansin, do której dojeżdżaliśmy, z której niepotrzebnie jechaliśmy dalej, i do której ostatecznie wracaliśmy. Ja postanowiłem wracać na około, nie przez ten cholerny las. Tam nawet drogi szutrowej nie ma. I widać te stado baranów pojechało za mną. Już nie pamiętali nawet drogi z której przyjechali.. Masakra.. No nie mniej droga na Basin trochę się dłużyła. Tam po drodze znowu niepotrzebne postoje i w końcu powrót na Świnoujście, obarczony większymi postojami. Niezbyt udana organizacyjnie ta wycieczka była. Mogłem nie dołączać. W Świnoujściu miałem jeszcze towarzystwo, i w końcu coś zjadłem. Wkrótce ruszyłem w dalszą drogę mając za towarzysza MK. Powoli dzień się kończył. Mnie w sumie wykończyły górki, ta szybka jazda. Nie w smak mi było wracać na Wolin, przez te wzniesienia. Walczyłem o to aby przejechać dzisiaj 170 km. I to się udało. I to jest dla mnie najważniejsze. A to, że mógłbym więcej. No już nic na to nie poradzę. Wyszło jak wyszło. Więc spokojnie jechałem dalej. Zmieniałem parę razy koncepcję tego co zrobię. Miałem zakończyć dzień w Międzyzdrojach, w Wolinie, czy próbować w ogóle jechać do domu. Ostatecznie zakończyłem tą zabawę z końcem dnia w Piaskach Wielkich. Rozstałem się z towarzyszem MK w Wolinie, gdzie każdy pojechał w swoją stronę. Przede mną ostatnie kilometry, była także ostatnia zabawa w Wolinie, gdzie kręciłem się po osiedlowych dróżkach - nabijając kilometry. Zależało mi na tych 170... I się udało :) Wykończony dojechałem. Choć nie byłem tak wykończony, że już nie dałbym rady jechać. Myślę, że jeszcze z 20 km spokojnie bym zrobił. A co potem? Nie wiadomo. W sumie do domu 45 km. Jakbym wyjechał szybciej ze Świnoujścia, nie czekał do późnych godzin bo ze Świnoujścia wyjeżdżałem dopiero po godzinie 18.. To myślę, że podjąłbym wyzwanie przejechania całej drogi do domu. W końcu jakbym był gdzieś w okolicy Golczewa to byłoby bez sensu się poddawać i raczej walczyłbym do końca nawet mierząc się z tym, że wróciłbym w późnych jak na moje zwyczaje godzinach. No a tak wyszło jak wyszło. To mnie utwierdza w przekonaniu, że nie nadaję się do jeżdżenia w grupie. Bo albo jest ona za słaba albo jak to często bywa - za silna, i po prostu nie daję rady. Każdy jest lepszy i silniejszy ode mnie, choć niekoniecznie tak ciężko na to trenuje i pracuje. I mają lepsze predyspozycje zdrowotne. I chyba tylko przez wzgląd na to zwyciężają. I nie ma tu zrozumienia.. Dla mnie jechać 20+km/h jest naprawdę ciężko. I to długi czas. Na spokojniejszej jeździe jestem wstanie wiele osiągnąć, no ale tego nikt nie rozumie. Liczy się tylko to czego nie pojmują. Po co było im tak szybko jeździć, potem się zmęczyć i w nieuzasadniony durny sposób robić sporo długich postoi? One są niezasadne. Już się z podejściem Gryfusów kłócę. A jest to takie same podejście Albo durne przerwy co chwila, i co chwila postoje albo za długi czas bez tych postoi. Wszystko robią źle, w taki sposób, że nie jestem wstanie z nimi jeździć. Wolę jednak spokojniej i naprawdę turystycznie a przy tym mądrzej zarządzać siłami. Wszystko przekładam na swoje możliwości, które w końcu nie są imponujące. Mam po prostu zawzięcie w tym co robię i na tym zwyciężam. Ale to oczywiście nie zmienia faktu, że zakłamuję siebie i świat. Sport nie jest dla mnie. Nie mam do niego predyspozycji, nie nadaję się. Więc nie powinienem tego robić i zakłamywać rzeczywistości. Rower, choć jest moją wielką miłością, jest jednak dla mnie zgubny. Tylko jak tak na to patrzę, to nie ma nic w tym świecie do czego bym się nadawał, co wychodziłoby mi dobrze, w czym byłbym naprawdę dobry i tudzież nie zastąpiony. Nie mam swojej drogi w tym świecie. Krótko mówiąc: nic nie znaczę. I nic co robię nie ma sensu. W końcu każdy nie wiele się starając, nie wiele poświęcając może w krótkim czasie osiągnąć znacznie więcej niż ja. Więc to wszystko nie ma sensu, nie ma żadnego znaczenia. Powinna mnie ta trasa cieszyć, wyzwanie czy tam osiągnięcia też ale jednak nie. Być może gdybym jechał sam to by mnie to cieszyło. Ale przez to odstawanie w grupie, jakoś nie czuję się z tym komfortowo. A do tego mam inne ograniczenia z czym nie jestem wstanie walczyć. Problem z jazdą w terenie - jest jednym z takich mankamentów. Tu sobie inni, w zasadzie każdy - radzi lepiej. Więc.. Czy naprawdę jestem taki beznadziejny w każdym aspekcie życia? Po co więc żyję, po co więc jestem.. Skoro i tak niczego nie osiągnąłem i niczego nie osiągnę w tym marnym życiu. Tylko mi smutno i tylko mi źle po trasie. A mogłem faktycznie jechać sam. Po co mi towarzystwo. Przecież nie nadaję się do życia w społeczeństwie, do koegzystowania z innymi.. To jak widać niszczy mnie wewnętrznie. Faktem pozostanie to, że z dużym poświęceniem wstałem po godzinie 2 w nocy. I pojechałem. Zrobiłem pierwszy najważniejszy krok każdej trasy, każdego wyzwania: w ogóle je podjąłem. Podzieliłem sobie to na mniejsze kroczki, jednym z nich był sam dojazd do Świnoujścia (pod PKP miałem 75 km) to nie było mało. A potem już jakoś poszło. Jakoś ta trasa mijała dalej..
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)