Dzisiejsza trasa a właściwie wielka wyprawa to dopiero początek tej drogi, i moje wkraczanie w całkiem nowe możliwości jakimi są wielodniowe wyprawy. Co prawda jest to całkiem możliwe, że z Gryfusami nie pojadę na żaden takowy wyjazd, bo oni zbyt normalni nie są, cisną bez umiaru i rozsądku byle jak najszybciej dojechać i doić alkohol.. Dość specyficzne towarzystwo do jazd. Mało przerw albo są za długie albo zbyt krótkie postoje, zdarza się, że nie czekają na nikogo kto jedzie z tyłu. I nie zdarzyło się jeszcze, żeby trzymali się podawanych norm rzekomej turystycznej wg. Gryfusa prędkości (20-25 km/h). Ja już miałem z tymi ludźmi do czynienia, na niektórych jedno dniowych wyjazdach. To wiedziałem czego się mogę spodziewać, problem w tym, że to co wyprawiali dzisiaj, a obawiam się, że jutro nie będzie lepiej jest lekką przesadą zważywszy na panujące ogromne upały. Dzisiaj wyjazd skończył się dla mnie bólem głowy i ogólnie się na koniec dnia za dobrze nie czułem po przejechaniu ponad 100 km w tym upale. Prognozy pogody wskazywały, że było tu nawet +36℃! Stanowczo za dużo. To nie jest odpowiednia pogoda aby w ogóle gdzieś jeździć (ewentualnie wcześnie rano) lub na wieczór.. Ale ogólnie nie jest to odpowiednia pogoda a już stanowczo można odradzić jazdę sportową a taką próbowano tutaj uprawiać. Wystarczą jakieś fragmenty poza miastem, przez ścieżki rowerowe.. A tych w Niemczech, Berlinie, Postdamie i tych okolicach, które mijaliśmy jest naprawdę sporo. Tylko niestety nie wszystkie z tras są asfaltowe, niektóre ciągną się piaszczystymi drogami lub śrutowymi. A to jest dodatkowe utrudnienie.. A to niestety nie było moje jedyne utrapienie dzisiejszego dnia.. A wszystko swój początek ma jeszcze z dniem wczorajszym. Taki spokojny piątek bez roweru, od mojej ostatniej długiej wyprawy będzie mijał jutro tydzień czasu: Nadmorskim szlakiem. Ja sobie po trafie zrobiłem jedynie dzień przerwy i od poniedziałku po czwartek (Mglista i deszczowa Trasa 20-stka do Wspomnienie historii
"czasem rozsiane..") mną stop jeździłem.. Z różnymi prędkościami, różnymi trasami. Nawet towarzysze się zmieniali! Trochę wykończony tymi codziennymi jazdami miałem dzień wolnego, dzień laby i przygotowań. Może nawet za dobre przygotowania były, skoro części rzeczy nie wziąłem a przecież myślałem o wszystkim a tak się złożyło, że rano śniadanie, pośpiech i nie wziąłem ważniejszych rzeczy. A do tego w nocy się nie za dobrze czułem, chwilowo mnie gardło pobolewało (i nie, nie mam koronapierdolca!), a potem tak spałem, nie spałem.. Robi się duszno i gorąco. Były już ostrzeżenia przed tym, że idą upały i w zasadzie każdego dnia będziemy mieli do czynienia z temp. powyżej +30℃, a do tego nocami powyżej +20℃. Rano wstałem taki nie przytomny, jeszcze mnie budzik obudził bo bym zaspał, pakuję się tak na wyjazd, że w zasadzie po za słodyczami, zapasem wody, oranżady, coli, nie wziąłem nic z ważniejszych rzeczy.. Zabrakło mi przede wszystkim ciuchów do spania, czegoś na przebranie. A przecież w piątek to szykowałem a nie zabrałem. A to nie wszystko z poważniejszych uchybień. Inne tyczyły się tego, że przed wyjazdem ładowałem do pełna powerbanki, baterie, kamerkę i sterowanie kamerką w formie zegarka. W końcu bezpośrednie sterowanie na kamerce nie działa mi już od lat.. I pech chciał, że właśnie tego zegarka nie zabrałem. Miałem go przypiętego pod usb, na komputerze. Z rana ciemno, nie zauważyłem. Co prawda myślałem o nim ale go nie wziąłem.. Skapnąłem się dopiero będąc w Szczecinie, że czegoś ważnego nie wziąłem. Już pomijam fakt, że nim się spakowałem, zjadłem śniadanie, spakowałem rower na samochód i w końcu pojechałem było po godzinie 5 rano. Wyjeżdżałem koło 5:08 a mieliśmy czas na zbiórkę na 5:30-6:00. I wierzcie albo nie ale jeszcze przed godziną 6 dojechałem. O godzinie 5:52 robiłem zdjęcie wschodu słońca na Wałach Chrobrego, a na miejscu zbiórki - kawałek dalej byłem gdzieś koło 5:56. Czas naprawdę niezły jak na 85 km. I to trochę po mieście.. Najważniejsze, że zdążyłem. Choć z chwilą jak się skapnąłem, że czegoś ważnego nie wziąłem nie było mi zbyt wesoło.. Wręcz przeciwnie.. Szybko mnie to dobiło, w końcu będę miał utrudnione działania. Brak bieżącego poglądu tego co się dzieje na obrazie to jedno, drugie - istnieje ryzyko zabrudzenia obiektywu albo na samej kamerce albo na obudowie. No rzecz jasna nie specjalnie! Tylko tak się może zdarzyć i co wtedy? Musiałem sobie poradzić. Choć sytuacja się rozgrywała tak, że ojciec mógłby mi ten nieszczęsny zegarek podrzucić. Problem w tym, że nie wiedziałem, że będziemy stali jeszcze ponad 30 min na Wałach Chrobrego nim pojedziemy i, że jak już ruszymy to będzie kolejna ponad 30 min przerwa zaraz na granicy państwa.. To chyba Kołbaskowo było.. Gdybym wiedział to bym miał ten potrzebny przedmiot ehh. Po tylu latach korzystania z kamerki itd, nie wyobrażam sobie prowadzenia inaczej życia rowerowego. A już na pewno uczestniczenia w tak ważnych i niepowtarzalnych wydarzeniach! W końcu dzisiaj jest pierwszy z dwóch dni jak robimy naprawdę poważną trasę, która ma ~180 km. Znając Gryfusów pewnie będzie miała więcej ;] Do tego to trasa z takimi upałami, i moja pierwsza w życiu trasa dzielona na dwa dni. Nie miałem zegarka do sterowania kamerką, był to problem - owszem. Udało mi się jednak z niego wyjść. Wystarczył mi przedmiot, którym naciskam przycisk w kamerce. Problem? Przy każdym stawaniu muszę wszystko rozbierać, ściągać kamerkę, obudowę, otwierać kamerkę wyłączać nagrywanie. Procesem w drugą stronę będzie włączenie kamerki, zamknięcie obudowy, przymocowanie kamerki do roweru. Normalnie takie kroki robię w wypadku rozładowania się akumulatorka - czy niegdyś ale to rzadko kiedy się zdarzało - wymiany karty pamięci. A dzisiaj było to na porządku dziennym. To oczywiście jest problematyczne.. I trzeba uważać żeby nie zabrudzić wizjera kamerki.. Bo potem to wszystko widać na nagraniu. A znowu nie mieć nagrań, nie mieć filmu z takiej fajnej trasy.. Byłoby naprawdę szkoda! Dzisiejszy dzień był długi i męczący. Odwodniłem się po drodze.. Organizacyjnie parę elementów nie pasowało, do tego zirytowała mnie ta sprawa z kamerką, i te wymuszanie przez GRYFUS jazdę w kasku. I tak jechałem bez kasku. No może większą część dzisiejszej trasy jednak w kasku, ale potem to olałem. I nie tylko ja. Było za gorąco to jedno, a drugie zaczęła mnie głowa boleć, brałem tabletki. A ten kask jeszcze mi do głowy dociskał, dodatkowo irytował. Bez niego było lepiej. Jazda w kasku to zło i nie prawdą jest, że to nie przeszkadza. Bo przeszkadza, czuje się go. A robienie długich tras, w nowych nieznanych miejscach nie jest przeznaczone na testowanie nowego osprzętu, ubrania czy stylu jazdy.. Także skoro całe życie jeździłem bez kasku to się przez parę km do niego nie przyzwyczaję. A może mi to tylko zaszkodzić. A to w końcu nie były łatwe i krótkie kilometry. Dzisiaj wyszło prawie 105.. Nie jest to mało.. Do tego pogoda, i mocno zróżnicowany teren, z czego najgorsze były przejazdy po jakiś parkach, lasach, ogólnie takich dupiastych terenach.. Nie dość, że wszystko jest rozgrzane, nagrzane do granic możliwości to jeszcze syf, piach, kurz.. Masakra. A to nie jedyne problemy z jakimi się dzisiaj mierzyłem. Po zrobieniu ponad 20 km zacząłem mieć problemy z prawą manetką. Nie bez powodu wspominałem, że w tym tygodniu sporo jeździłem i to kilka dni z rzędu. No jeździłem i sprawdzałem czy wszystko działa, czy wszystko jest OK. I liczyłem na to, że jak ma się coś zepsuć to się zepsuje teraz. A to nie. A zaczęło się tak niewinnie, że nie chciało mi wcale wejść najlżejsze przełożenie - przełożenie 1, które ma na kasecie 32 zęby. (1-32, 2-30, ... 8-11). Chwilę później srało się dalej, nie wchodziło już 2 czy 3 przełożenie. Ostatecznie problem miałem gdzieś od połowy kasety (3-4 przełożenie od dołu). W górę szło.. Myślę, że to problem z linką, chociaż sama manetka się też zesrała. Po ponad 30 km pękł mi plastik od dźwigni wybijania biegów.. I zaczęły się większe problemy. Raz wchodziły mi te przełożenia a raz nie. Straszna męczarnia, połączona z tym, że wrzynałem sobie palec w ostro zakończoną dźwignię spuszczania biegów, a ta nie zawsze chciała działać. Mocno się to blokuje. I teraz mam naprawdę poważne wątpliwości czy jest tak jak myślę, że to tylko linka czy faktycznie posypał się mechanizm w manetce.. Nie rozważałem tego już dzisiaj. W trakcie dalszej jazdy było różnie - raz wchodziło to lepiej, raz gorzej.. Jakoś jednak dojechałem - mimo wszystko. Wiele dzisiaj zwiedzając, wiele widząc, i męcząc się z tym upałem.. I jak dla mnie chorym zarządzaniem czasem. Albo robi się durne, zbyt długie przerwy a potem dopierdala, albo się robi za mało przerw. Do tego narzucane tempo jest zbyt duże, miejscami przekracza ono granicę +30km/h. Przesada.. W szczególności w taką pogodę, i myśląc długodystansowo jest to zabójcze podejście.. Męczyć się, jechać szybko.. Wiedząc, że ma się do przejechania jeszcze sporo kilometrów nie jest zbyt rozsądnym podejściem.. Do tego jak zawsze Gryfus zaprzecza temu co podaje w opisie trasy.. O prędkości turystycznej 20-25 km/h. Ta dolna granica to jest naprawdę sporo, i trudno czasami utrzymać. A jechać szybciej to już w ogóle przesada.. Ważne jednak, że się udało. Mimo, że dzisiaj było mi ciężko z obsługą kamerki, to jakoś dawałem radę. Przez wymianę baterii i te kombinacje, zostawałem często w tyle.. Musiałem gonić grupę.. No trudno.. Nagranie jest jednak dla mnie ważne :) To osobista i wyjątkowa pamiątka wyjątkowej trasy. No bo jedno jest pewne, nie licząc oczywiście X Rajdu Dookoła Zalewu, który odbędzie się bądź nie 17-18.10.2020, nie będę chciał jechać nigdzie z Gryfusem. Zbytnio zapierdalają, mają zbytnio durną manię jeżdżenia "sportowo". Przecież nie każdy jest typem sportowca.. A to miał być wyjazd dla każdego, z większą grupą osób, zrównoważona szybkość jazdy, trudność trasy. A to nic z tych rzeczy. Na kilka dni jechać z Gryfusem to na pewno nie.. Ale jakieś jednodniowe wyjazd - no już prędzej. No bo jak mnie wkurwią, bądź będę miał ich dość to po prostu się odłączę i wrócę sam i będę miał ich tam gdzie powinienem mieć. A w takiej sytuacji jak dzisiaj? No nie bardzo, bo co ja bym zrobił w tych Niemczech nie wiedząc gdzie jestem.. Nie znając języka i nie mając działającego internetu w komórce.. Mnożą się problematyczne chwile.. To jednak mimo wszystko nowe wspomnienia i doświadczenia na przyszłość :)
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1
ID wpisu: 655
Trasa nr [łączna]: 737
Trasa nr [na blogu]: 651
W tym tygodniu: 5
W tym miesiacu: 6
W tym roku: 131
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 728 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 642 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 9 dni
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 4099 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 4204 km
Maksymalna prędkość: 36.8 km/h
Przejechałem: 104.82 km
Przejechałem [msc]: 450.89 km
Przebieg roweru [rok]: 5639.98 km
Przebieg roweru [suma]: 28205.71 km
Przejechalem w 2020: 5639.98 km
Podroż dookoła świata (2020) 14.0999 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 70.5143 [%] km
Czas jazdy: 06:34:53 h
Czas Jazdy Suma (ever): 1780:32:52 h
Czas Jazdy Suma (blog): 1557:06:44 h
Czas Jazdy Suma (2020): 358:43:24 h
Czas Jazdy Suma (w tym msc): 27:32:13 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 04:35:22 h
Średni czas jazdy w tym roku: 02:44:18 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:22:38 h
Średnia: 15.96 km/h
Trasę z dnia dzisiejszego, która jest zresztą rozłożona na dwa dni rozpoczął ciężki poranek, o czym już wspominałem w poprzednim ogromnym akapicie. Pikanterii dodaje fakt pogody, panującego sporego upału, który już od rana jest odczuwalny i męczący. No nie mniej jedziemy. Zaczynamy ten cały cyrk dużą dezorganizacją i wymuszanym niepotrzebnym pośpiechem w miejscowości Hohen-Neundorf. Początek trasy jest podwójnie skomplikowany, są dwa busy, pomieszali te torby podróżne, poprzekładali. Nie mogę swojej znaleźć. A nie dość, że mam tam napoje itd., to jeszcze mam kamerkę.. Do której oczywiście sterowania nie wziąłem. No ale musiałem to jakoś odpalić. Na pomoc przyszło mi to, że znalazłem piórko na parkingu w Kołbaskowie, gdzie robiliśmy przerwę. Tak bym musiał od kogoś coś pożyczyć, cienkiego najlepiej. A tak miałem swoje narzędzie, które w trakcie dnia gdzieś zagubiłem ale znalazłem mały patyczek, który też się nadał. Nie mniej mała nerwówka była, bo nie wiele brakowało abym pojechał w ogóle bez założonej kamerki, i bez żadnej wody przy sobie.. Bo nie mogłem torby podróżnej nigdzie znaleźć. Nie było jej w busie technicznym, znalazłem w końcu ją między autobusami. Nie wiem skąd się tam wzięła. Ktoś przełożył, położył.. A ja kurwa potem szukam tam gdzie położyłem. A jak się później okaże, trzeba było brać ze sobą więcej wody bo ten bus techniczny nie jest tak często dostępny jakby się tego oczekiwało. Koniec końców mimo małych problemów na początku udało się ruszyć, udało mi się odpalić kamerkę i w drogę! Ruszaliśmy z ulicy Gewerbestraẞe w tym całym Hohen-Neundorf.. Mocno zurbanizowane uliczki, jakieś przedmieścia nie były częstym widokiem bo szybko skręciliśmy w leśne drogi przez park Wäldgelande Frohnau. Ładnie tam było :) Miejscami zachowywały się ślady dawnego muru Berlińskiego oddzielającego tą lepszą stronę Niemiec od tej gorszej - RFN/NRD. Konkluzje, która była lepsza a gorsza pozostawię wam ;) W wielu miejscach trasy zachowują się pomarańczowe słupki ze zdjęciami i informacjami odnośnie konkretnego miejsca, które niegdyś dzielił słynny mur. Trasa szła dalej i na nowo wjechaliśmy w cywilizację, niestety jak to często będzie bywać na tej trasie - nie na długo. Wjechaliśmy w już kolejną miejscowość w Frohnau. Jechaliśmy wzdłuż drogi B96, i lokalnie nazywanych trudnymi niemieckimi słówkami dróg jak np: ul. Oranienburger Chaussee. Z zaludnionej cywilizacji droga odbijała w stronę mokradeł, bagien i urokliwych wiejskich stron, położonych w samej granicy ciągnącej się kilometrami metropolii Berlińskiej. Ów miejsce zwie się: Tegeler Flieẞ. A ja się chyba zajebie jak mam pisać krok po kroku jak jechaliśmy dzisiaj przez ponad 100 km! Bo to się nie często zdarza na moich trasach, że mija się tyle miejsc, różnych miejsc, dróg parków itd. Dzisiaj to ewenement.. To naprawdę wyjątkowa trasa, którą warto obejrzeć na filmie, zdjęciach. Mnóstwo dróg, miejsc, ludzi, aut. Tu jest coś co wydaje mi się charakterystyczne dla obrzeży Berlina - mnóstwo zabytkowych aut, które normalnie jakby nigdy nic sobie jeżdżą po drogach.. W Polsce taki widok jest czymś rzadkim. Może raz na kilka msc coś zobaczę. A w Niemczech? Tutaj ciągle coś takiego jak nie jeździło to stało po parkingach. A droga mijała, wraz z nią kilometry i robiło się coraz cieplej. Niby wg. mapy pogodowej dla Niemiec, w Berlinie dzisiaj tylko +36℃. Tyle, że odczuwalna jest wyższa.. Nie ma co.. Coraz mocniej grzało.. Częste postoje były dla mnie kłopotliwe, nie zawsze miałem okazję wyłączać nagranie, a nawet jeśli to robiłem to był problem gonić grupę. Był problem z wymianą baterii.. Szczególnie na początku trasy gdy było mniej dłuższych przerw, i mimo, że miałem pokłady sił to nie chciałem szaleć i gonić przodu grupy.. A Ci jeszcze w mocno zurbanizowanych terenach jechali tak w miarę. Ale na takich bocznych drogach rowerowych to już gnali 25km/h+ i czy nawet 30 km/h+! Mijaliśmy kolejne strony, dzielnice czy miejscowości.. Szczerze to nawet nie wiem co to jest, tu wszystko jest tak ze sobą połączone gęsto, że trudno określać.. Mapa podpowiada mi mijane takie miejscowości (bądź) dzielnice jak: Rosenthal, Wilhemsruh, Pankow. W tych stronach były gęste sieci pociągowych połączeń.. Już nie mówię o innych arteriach drogowych, bo tego jest naprawdę ogromna ilość i trudno to wszystko ogarniać.. W końcu wierzcie bądź nie, ale na upartego te 100 km dzisiaj dałoby się w całości pokonać jadąc mijając miasto za miastem, dzielnice za dzielnicami. My miejscami jechaliśmy trochę "terenowo", leśnymi ścieżkami, bocznymi drogami.. Tylko nie jest jedyna możliwość. Możliwe, że za czasów II wojny światowej, w końcu to ile lat temu.. Te tereny wyglądały nieco inaczej i nie było tu aż tylu domów, osiedli.. W końcu jedziemy ściśle przy granicy Muru Berlińskiego. Tak blisko jak się da. Mijając kolejne piękne miejsca. I zbliżając się mimowolnie do centrum Berlina. A w wielkim mieście, ta sama patologia co w Szczecinie czy w innych wielkich miastach. Remonty, pozamykane ulice, brak przejazdów. Korki i w ogóle.. Masakra..
A do tego jest sporo pięknych obiektów historycznych. I tak mało czasu aby porobić zdjęcia :( Jakbym sam jechał to bym narobił setki zdjęć dzisiaj. A z Gryfusami się tak nie dało. Cisnęli by dalej, byle dalej. W końcu w samym Berlinie się na chwilę odłączyłem, musiałem. Zaczęła mi padać bateria, musiałem wymienić. I się grupa trochę rozbiła. Duża część grupy pojechała nie tak jak trzeba - czyli nie zgodnie ze śladem trasy. Tylko pojechali sobie w inne miejsce.. Cwaniaki, tam sobie busa technicznego zamówili.. A my byliśmy przy Muzeum Muru Berlińskiego, w pobliżu miejsca: U Bernauer Straẞe. Tu zachowały się elementy muru, dawne zdjęcia z tego miejsca itd. I tyle się rozpisałem tyle już widziałem. A to dopiero 20 km.. Czas mijał.. A my już byliśmy w centrum Berlina. Rozbudowane miasto, piękne żółte autobusy, tramwaje. I coś co najbardziej przykuło moją uwagę, systemy dozowania wody. Piękne, kolorowe, na skrzyżowaniach, przy dzielnicach przemysłowych widziane, poprowadzone rury nad drogami itd. Wszystko ładnie pokolorowane.. Pięknie to wyglądało.. A ta trasa trwała dalej.. W trakcie drogi, już po tych 20 kilku km zrobiły mi się małe problemy z manetką. Przestało wchodzić przełożenie między biegami 8 - 7. Już tak miałem na początku roku, znany problem. Tylko problem w tym, że kilka km później się wszystko całkiem zesrało. Pękł mi plastik od dźwigni zrzucania przełożenia.. Połowa przerzutek nie działała. W trakcie trasy było tak średnio. Raz wchodziły przełożenia a raz nie, ale na dobrą sprawę co najmniej 2 przelotnie do 3 a nawet 4 przełożeń licząc od największej koronki (32, 30, 28, 26) już nie miałem.. To były odpowiednio biegi (1,2,3,4). Największy problem był właśnie przy 1-3. Do tego bez tego plastiku.. Wrzynał mi się palec w metalową rączkę.. Po kilkunastu, kilkudziesięciu kilometrach był to problem. Nie przejmowałem się tym jednak teraz. Jechałem dalej przez Berlin, żałując tylko tego, że nie mogę porobić zdjęć tylu pięknym dzielnicom, i mijanym miejscom. A tych jest naprawdę sporo. Zachęcam do bliższego przejrzenia śladu tras. Nie jestem wstanie wymienić każdej ulicy, dzielnicy i miejsca, które mijaliśmy. Ale choć niektóre.. Trasa przechodziła przez Postademer Platz.. Piękne miejsce.. Dalej odbijaliśmy w stronę U Mortiplatz.. Aż po dzielnicę Berlin Ostbahnhof. Znowu wiele pociągów, blisko szeroka piękna rzeka Spree.. I kolejne dzielnice.. Alt-Treptow.. Budowana tutaj kolejna droga albo węzeł, może coś związane z Ringiem Berlińskim? Chodzi nie mniej o średnicową drogę A100, która się będzie łączyła z autostradą. Więc miasto i jego niewyobrażalnie rozciągnięte granice wciąż się będą poszerzać, wciąż będą się rozwijać i wciąż komplikować! Upał się stawał powoli coraz dokuczliwszy. Trochę kilometrów już zrobiliśmy, wypadki już się zdarzyły.. Nawet prezes Gryfusa zaliczył poważną wywrotkę. Wcześniej w Berlinie odpadł jeden uczestnik co niefortunnie rękę złamał.. A my jechaliśmy dalej.. Mijaliśmy Planterwald przez Baumschulenweg jadąc obok autostrady A113 do węzła Adlershof. Nieco dłuższy odcinek prostej drogi, i nieco większe prędkości.. Dalej, nadal kierując się przy drodze A113 szybsza jazda była na porządku dziennym.. Przód grupy cisnął na dobrą sprawę ponad 35 km/h.. Przy takim upale?! Myśląc o tym, że mamy jeszcze sporo kilometrów do zrobienia, no to to nie jest normalne.. A trasa mijała.. Odbijaliśmy teraz w stronę chyba kolejnej miejscowości Gropiusstadt, jechaliśmy obok Backow. Takie typowe granice tej metropolii. Z jednej strony ciągnie się miasto z drugiej pola, jakieś pojedyncze zabudowania. I tak do Teltow, gdzie chwilo na nowo była większa cywilizacja. Chwilowo, bo niedługo mijaliśmy ostatnie ciężkie odcinki trasy. Ciągnący się dłuższą chwilę odcinek leśny. Droga szrutowa, kurzu, piachu i niebezpiecznych kamieni.. A wszystko to prowadziło do obrzeży miasta Postdam.. Gdzie spaliśmy, gdzie droga się kończyła.. A serio już miałem dość. Nie tylko tej trasy a jej opisu. To jest wprost nie możliwe aby w miarę zwięźle opisać wszystkie mijane miejsca, drogi.. To może skrócę w ostatnich słowach.. Było tego sporo.. Naprawdę sporo.. Bardzo zróżnicowany teren, zróżnicowane drogi. Odcinki samym miastem, parkami, lasami, piaszczystymi drogami.. Jest to ogromna metropolia ten cały Berlin i to wszystko koło niego.. Same miasto Berlin ma powierzchnię 892 km2! A to wszystko wokół niego?! Chyba, że to jest włącznie.. Berlin. Ale to ogromna przestrzeń.. Na koniec dnia żegnał nas powoli zachód słońca, mnie ogromne zmęczenie i złe samopoczucie nie dawało żyć.. W trakcie trasy jadąc tymi obrzeżami miasta, tej cywilizacji dopadł mnie ból głowy. Na koniec dnia było mi tylko nie dobrze. Dzisiaj na kolację nic nie zjadłem, nie brałem udziału w żadnych zabawach, i spotkaniach przy alkoholu, które były organizowane.. Poszedłem po prostu szybciej spać.. Kończąc ten męczący długi dzień. Ponad 100 km jadąc praktycznie miastem.. Obrzeżami, ale to mimo wszystko miasto.. To jest po prostu coś niesamowitego.. Tak na dobranoc, do poduszki do poczytania: Historia Muru Berlińskiego oraz opis i ważniejsze miejsca, które zwiedziliśmy dzisiaj - pierwszego dnia wycieczki: Odwiedzone miejsca wzdłuż Muru Berlińskiego z I dnia.. A jak sobie jeszcze pomyślę, że jutro koło 80 km.. No może być ciężko.. To jest jednak wyjątkowe i niepowtarzalne doświadczenie.
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)