Dzisiejszego dnia, stanąłem przed sporym wyzwaniem. Do pokonania wymagająca trasa, nawet w dobrą pogodę to byłoby wymagające zadanie. A nade wszystko musiałem zdać sobie sprawę, że w tym roku nie będzie ani lata ani dobrej pogody a trenować wyrywkowo to nie trening. Jeżeli się już trenuje to trzeba regularnie i nie powstrzyma mnie wichura, deszcz i cholera wie co jeszcze ta patologiczna pogoda przyniesie - na pewno nie przyniesie niczego dobrego gdyż nie mogę ręczyć za siebie jak jeszcze jeden naukowiec, pseudoekolog czy inne ścierwo będzie biadolić, że mamy ocieplenie klimatu bla bla. No jak można takie bzdury wygadywać?! Wystarczy spojrzeć jak wygląda ta pogoda. To jest lipiec? To są wakacje?! No chyba nie. Tylko teraz - czy będę wiecznie liczył na lepszą pogodę jak do tej pory? Z każdym miesiącem na to liczyłem - z każdym miesiącem też jeździłem ale wcale nie tak dużo jakbym chciał. Jednak największe nadzieje pokładam w najbliższych 3 miesiącach: Lipiec, Sierpień, Wrzesień. To właśnie w okresie 15.06.2015 - 27.09.2015 r. Zrobiłem 2292,5 km w czasie 147h 40min 20 sekund. Przy czym od 15.06.2015 do 01.07.2015 r. miałem zrobione tylko 260 km. Czyli tak naprawdę 2 000 km w tym najdłuższą trasę w życiu (206 km) zrobiłem właśnie między lipcem a wrześniem. Będę się skupiał teraz na tych miesiącach, moje nadzieje, marzenia, treningi poświęcę właśnie w tym okresie. Analizowałem moje jazdy z okresu 2015 r. Kluczem do sukcesu była regularność - ta regularność była zachowana, ciągle przychodziłem na jazdy, nie każdy trening był długi - po 100 km, rzadko się robiło, ale jeździłem regularnie, zbierałem siłę i wytrzymałość, która wykorzystywałem w robieniu późniejszych jazd. Nie oszukujmy się ale pod względem pogody, roweru itd. To właśnie wakacje 2015 r. były najlepsze. W tym roku chcę jednak udowodnić, że mimo niesprzyjającej pogody będę wstanie zrównać się z tymi wyzwaniami, że zwiedzę znacznie więcej rejonu - w tym dróg w województwie i okolicznych gminach oraz w konsekwencji pobiję rekord trasy 206 km. Docelowy mój cel to pojechać do Trójmiasta - zrobić ponad 300 km jednego dnia. Jest to możliwe, jest to do osiągnięcia, wymaga to jednak wielu wyrzeczeń, treningów i zapału - którego z pewnością mi nie zabraknie. Prowadzą mnie marzenia i chęć udowodnić sobie i wszystkim dookoła, że nie ma żadnych ograniczeń. Ograniczenia to my sami, co nie możemy sprostać oczekiwaniom, poddajemy się po porażkach i nie walczymy dalej. Tylko w tym roku kilka takich porażek miałem. Ale wciąż się nie poddaję. I dziś nie zrezygnowałem mimo niesprzyjającej pogody - pojechałem - i nie żałuję. Żałować mógłbym odpuszczenia, nie pojechania. Jakbym pojechał i miałoby się okazać, że nie dałbym rady - trudno, zdarza się. To całkiem co innego niż pojechać w ogóle. Chodź przyznam, że to co oglądałem zza okna było zniechęcające. Chmurzyło się cały czas, wiał silny porywisty wiatr, było zimno. Postawiłem jednak na znane mi metody - metodę małych kroczków. Najpierw dojadę do tego, miejsca, później dojadę dalej itd. itd. To pozwala przetrwać całą długą trasę. Metodę urozmaiciłem po prostu dzieląc każdą trasę na etapy 10 km. Przejechałem pierwsze 10 km. Trasa ma mieć 100 km. Więc czeka mnie jeszcze 9 takich etapów. Z każdym jestem coraz bliższy celu - czy to dużo? Zrobić 100,200 może nawet 300 km? To przecież odpowiednio 10,20,30 mniejszych etapów, które pokonywałem w większości tras w mniejszym czy większym wymiarze a tu czeka mnie tylko ich suma. Wszystko to kwestia podejścia psychologicznego do problemu i poradzenia sobie z nim. Nie można się nigdy poddawać, i żyć wspomnieniami. Do tej pory często żyłem i wciąż tak naprawdę żyję wspomnieniami z 2015 r. Gdy robiłem moje najlepsze trasy, gdy pogoda dopisywała. Dzisiaj jednak musiałem zdać sobie sprawę a co za tym idzie, musiałem pogodzić się z tym, że nie zawsze na wszystko będę miał wpływ - nie będę miał wpływu ani na pogodę, ani na stan techniczny mojego roweru, ani na zdrowie. Te elementy jednak nie mogą być barierą, która skutecznie uniemożliwiałaby dalsze treningi. No dobra mogłaby być - w końcu to właśnie zdrowie nie pozwoliło rozwinąć mi się w 2016 r. gdy pogoda była OK, ale to zdrowie z tym było mi ciężko walczyć. W tym roku głównie walczę z pogodą i ze stanem technicznym roweru. Nie mam super sprzętu za wiele tyś. jak wiele innych osób, jednak nie chce od nich odstawać tylko ze względu na to, że mam gorszy sprzęt, że mam gorsze przygotowanie biologiczne (nie jestem typem sportowca, nie mam pamięci mięśniowej i innych użytecznych "dodatków"), jednak w wielu wypadkach wcale gorszy nie jestem bo mam coś innego - zapał i dążenie do realizacji celów, nie patrząc na innych ludzi dookoła, na ich zdanie, nie patrząc na nic innego. Pamiętam jak to wyglądało w 2015 r. były upały po ponad 30℃ a ja jeździłem. Ludzie wyrażali się o mnie jako, że wariat, głupek itd. Jednak miałem cel i konsekwentnie do niego dążyłem. Cel zrealizowałem - bez zmęczenia, bez niczego zrobiłem tak po prostu 206 km - zajęło mi to co prawda bardzo dużo godzin, jeździłem od wczesnych godzin rannych do samego wieczora - ale liczy się to, że to zrobiłem, osiągnąłem swój cel. Nie poddałem się bo do niego dążyłem. W tym roku będzie tak samo - regularnie będę dążył do realizacji celu i w końcu go zrealizuję. Nadejdzie dzień gdy pójdę na rower, i przyjadę, po zrobieniu dłuższej trasy, po realizacji jednego z wielu celów i marzeń :)
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1
ID wpisu: 125
Trasa nr [łączna]: 210
Trasa nr [na blogu]: 124
W tym tygodniu: 5
W tym miesiacu: 2
W tym roku: 60
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 207 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 121 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 3 dni
Stan Licznika Poczatkowy: 557.3 km
Stan Licznika Końcowy: 662.17 km
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 652 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 757 km
Maksymalna prędkość: 49.5 km/h
Przejechałem: 104.87 km
Przejechałem [msc]: 113.76 km
Przebieg roweru [rok]: 2113.21 km
Przebieg roweru [suma]: 7979.83 km
Przejechalem w 2017: 2113.21 km
Podroż dookoła świata (2017) 5.283 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 19.9496 [%] km
Czas jazdy: 06:11:06 h
Czas Jazdy Suma (ever): 504:24:22 h
Czas Jazdy Suma (blog): 280:58:14 h
Czas Jazdy Suma (2017): 145:19:18 h
Czas Jazdy Suma (w tym msc): 06:41:29 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 03:20:45 h
Średni czas jazdy w tym roku: 02:25:19 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:14:52 h
Średnia: 16.96 km/h
Dzisiaj było zimno, chłodno, deszczowo. Wciąż wiał wiatr. Było ciężko. Ruszyłem nieco niechętnie na trasę. Nie byłem przekonany czy dobrze robię. Może chce tylko grać takiego twardego, silnego co w każdą pogodę pojedzie, zrealizuje cel? A może taki jestem. Ruszyłem tradycyjnie drogą nr 108 w stronę Golczewa. Dzisiaj było moje drugie podejście do trasy przez Nowogard na Łobez. Pierwsze podejście do tej trasy było 22.06 w trasie: W strugach deszczu. Nie udało się - mimo wielu nadziei i siły. Wtedy się nie udało. Ale udało się dzisiaj! Pogoda była podobna. Jadąc drogą 108 w stronę Golczewa było cały czas szaro, chmurzyło się, było zimno. Ale jechałem wciąż powoli, mijając jakże dobrze znane mi tereny, najpiękniejsze tereny, najpiękniejsze wsie. Rodzinne strony, które zawsze będą dla mnie bardzo ważne i niezapomniane. Myślałem głównie o tym aby się nie poddać, wciąż gnać do przodu, nie patrząc na przeciwności. Nie pozwolę przecież aby jakiś wiatr, chodź silny, czy ulewny deszcz miał mnie powstrzymać. Byłem na to gotowy - miałem kurtkę, bluzę, koszulkę na zmianę i autorski system ochronny głównego licznika rowerowego. Jeszcze we wpisie o tytule: "W strugach deszczu" obmyśliłem ten pomysł na realizację tego systemu - po prostu zwykły worek ... przecież woda z niego nie przecieknie tylko obleci :) System się przydał dzisiaj i sprawił się idealnie. W przyszłości mam pomysł aby po prostu z plastiku wyciąć takie pudełko, w które zamknę licznik. Zostawię dziurki i dodatkowe "pstrykacze" na przyciski. To będzie szczelne, woda nie przejdzie, wilgoć też nie. I nie będzie cyrków i problemów z wyłączeniem się głównego licznika i koniecznością zliczania km od początku co jest dość drażniące, wkurzające. Problem ten po raz pierwszy wystąpił w 2016 r - późnego sierpnia gdy robiłem pierwszy raz 100 km w 2016 r. Wtedy tak późno ją robiłem. Pogoda mnie nie rozpieściła, i problemy z licznikiem stały się już czymś normalnym i wystąpiły jeszcze kilka razy - to jest dość kłopotliwe dla mnie i po prostu mnie drażni. Lepiej się czuję z myślą, gdy mam cały czas widok na to, że ta suma przejechanych km na liczniku jest duża - im większa tym lepiej. A jak wciąż i wciąż rozpoczynam ją od nowa, to już nie jest to takie fajne i przez pewny czas, póki cyferki nie zrobią się większe nieco mi to przeszkadza :( Teraz już tego problemu nie będzie. Dojechałem w końcu do Truskolasu i skręciłem w stronę Nowogardu przez Wierzchy. Do wsi Wierzchy po drodze minąłem wielu zbieraczy grzybów. Mijałem także kilku rowerzystów i młode rowerzystki ;) Zza chmur przebijało się słońce i miejscami było dość przyjemnie, słonecznie. Dawało to nadzieję, że może coś z tego będzie. Nieco gorzej zrobiło się na ostatnim etapie tej części trasy - przed dojazdem do Nowogardu, o czym wspominałem kilka razy - ze wsi Miętno w stronę obecnego odcinka drogi S6 (obwodnica Nowogardu) buduje się nową drogę. To oczywiście kłopotliwe, wycinka drzew, zrywanie starego asfaltu, wiele kamyków na drodze. A nade wszystko inne samochody które jeżdżą i przeszkadzają. Ta budowa wciąż trwa, chodź jak dla mnie to trwa za długo względem rozpoczęcia i powinno to się już dawno skończyć. Po tym etapie, czekała mnie jeszcze przejażdżka po mieście Nowogard i tuż za Nowogardem byłem na drodze nr 144. Gdy minąłem Nowogard zrobiło się całkiem ładnie i przyjemnie. Coraz więcej słońca. Nieco cieplej. Rozważałem już zdjąć kurtkę - tę zdjąłem jednak dopiero za wsią Wierzbęcin wciąż jadąc drogą nr 144 w stronę Dobrej Nowogardzkiej. Zrobiłem sobie tam dłuższy postój. Możliwe, że postój byłby jeszcze dłuższy, jak gdyby nie atak robaków, much i innego cholerstwa -.- Różne rozważania, różne scenariusze trwały dalej w najlepsze. Dojechałem do Dobrej i ją minąłem udając się przepięknymi terenami do skrzyżowania z drogą 147 w miejscowości Siedlice. Byłem nie tak dawno w tych okolicach, ale pierwszy raz w tym roku dojechałem tak daleko jak do Siedlic. Minąłem Siedlice i udałem się dalej w stronę Łobza. Nim dojechałem do drogi nr 147 w miejscowości Strzemiele, mijałem jeszcze wiele pięknych terenów i widoków. Tuż przy końcu drogi 146 i wsi Strzemiele ze skrzyżowaniem z drogą 147, jest bardzo stroma górka. Bez pedałowania bez niczego pozwoliła mi ona dzisiaj rozpędzić się do sporych prędkości - do 49,5 km/h ! To prawie 50 km/h ! Cudownie się tak jedzie rowerem, wiatr, emocje, i świadomość, że jak przyjdzie co do czego to nie wyhamuję bo się nie da :) Na dole jest jednak znak: STOP, który musiałem zignorować. W dalszą drogę udałem się już drogą 147 którą bezpośrednio dojechałem do Łobza. Wciąż było paskudnie, chmurzyło się. Blisko Łobza zaczęło miejscami z lekka kropić ale się nie rozpadało (jeszcze). Tuż przed Łobzem a dokładniej przez wsią Dalno jest taka stroma górka - ciągnie się przez ok. 1,5 km. Jest bardzo ciężka w podjeździe. Nie poddałem się jednak i ze sporym wysiłkiem pod nią podjechałem. Dodatkowo rower dawał mi się we znaki. Ostatnio go pochwaliłem, że sprawował się lepiej wręcz dobrze a dzisiaj muszę go skarcić. Podobnie jak wczoraj, tak i dziś jest źle. A dzisiaj jest jeszcze gorzej - i to chyba ma związek z tym, że dopompowałem powietrza - przód do 5 atm, a tył do ok. 5,5 atm. I tak źle się jechało, że masakra. Tuż za górką zjechałem na przystanek autobusowy z napisem: "Dalno". Nie dałbym rady dalej jechać bez przerwy - naprawdę ciężko podjechać pod tą górkę. Zmierzyłem się z nią 2x. Dzisiaj był mój 3-ci raz. Wiedziałem czego się spodziewać, ale byłem na to gotowy. Przejazd przez same miasto Łobez poszedł dość szybko - nim wyjechałem z miasta pokręciłem się przy wyjeździe, pojechałem obok stacji paliw, i myjni samochodowej, pewnie w celu umycia roweru xD Ale byłoby to bez sensowne, wiedząc co nastąpi później. Dalej minąłem Łobez i udałem się drogą nr 148 do Starogardu. Kolejne fajne, piękne tereny i dość dobra droga. Powrotna z Łobza jest lepsza - więcej z górki :D Ze Starogardu skierowałem się do Reska drogą nr 152. Zmęczenie powoli rosło ale nie było tak źle. Prędkość jazdy, pogoda i efekty są. Każdy może być nieco zmęczony. W Resku zajechałem do kolegi - który eskortował mnie kawałek za Resko, gdy zaczęło właśnie z lekka padać - na razie taka nie groźna mżawka która wkrótce zamieniła się w spory deszcz. Tuż za Reskiem przewidując co się święci, założyłem foliowy worek na mój główny licznik, kurtkę - zwykłą kurtkę, tego ciężkiego "przeciw deszczowego" nie naciągałem. Nie spodziewałem się, że lunie a lunęło już przy wsi Czarne i to zdrowo lunęło. Nade wszystko wymieniałem jeszcze baterię w kamerce zaraz za wsią Czarne po czym już prosto do domu w tym deszczu. W rodzinnej mieścinie na drodze 6 ruch jak sto diabłów. Utknąłem na skrzyżowaniu 6-tki z drogą 109. Żadna łajza jadąca od strony Gdańska na Szczecin nie chciała nikogo przepuścić, kto skręcał w prawo. Światła są oczywiście wyłączone co nie zawsze jest dobre, bo tak by po cyklu kilka aut pojechało a tak ciągle jadą Ci co jadą prosto a Ci co przecinają drogę "6" lub chcą w nią dołączyć to mają problem. Bo liczyć na uprzejmość ludzi ... to można się przeliczyć. Wkrótce jednak się udało pojechać, ale dobre 5 min tam stałem nim była luka, i ruszyłem za samochodami. Gdy dojeżdżałem od rodzinnego osiedla, przestało już padać. I dojechałem. Lekkie zmęczenie ale to pozytywne zmęczenie. Mimo niepewności, mimo pogody, pojechałem i udało się. Do pełni szczęścia zabrakło mi 130 m. Chciałem zrobić 105 km. Ale nie wiedziałem o tym, że tak nie wiele brakuje bo bym po prostu koło osiedla się pokręcił. Normalnie to bym to pewnie zrobił - gdyby nie padało. A musiało mi się nie poszczęścić i natrafiłem na deszcz, eh ja i moje szczęście. Jedynie rower na tym zyskał. Jest czysty już :)
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)