Trasa z dnia dzisiejszego nie należała do najłatwiejszych. Mimo pewnego optymizmu ale wczoraj się trochę zjechałem: Upalną trasą. Może wczoraj jeszcze tego nie czułem ale dziś już tak. No ale i tak wypadało pojechać bo do limitu 500 km w msc brakuje mi 70 km! Nawet taka skromna trasa jak dzisiejsza jednak trochę mnie do tego celu przybliża. I to jest jakiś plus tej sytuacji - zrobić ciekawą trasę. Od zeszłorocznej jesieni polubiłem bardzo tą trasę - dlatego tak często na nią wracam. Jest ciekawa.. Dzisiaj zrobiłem ją w mało popularnym stylu a więc drogą przez Rymań pod Powalice. I powrót przez leśną drogę do leśnego parkingu w Skrzydłowie. Od samego początku trasy dokuczliwy był przede wszystkim ból kolana. Nie odpuszcza mi także problem z zatokami. Wciąż ze mnie leci. Wciąż męczy kaszel po którym pojawia się odpluwanie gęstej zielonej wydzieliny. W znacznej ilości... Już nie mówiąc o normalnym katarze. Na leczenie objawowe zużyłem prawie całe opakowanie Theraflu (14 saszetek) i nic. Na wzmocnienie organizmu brałem wit. C, neosinę. I nic. Brałem także tabletki alergiczne: Clatrę i Rupaller. Nie łącznie ale aby nie brać tego samego. Mi rodzinny maniakalnie przypisuje tą Clatrę. No ale jakoś nie widzę poprawy czy jej działania. Także - czasem skłaniam się ku temu, że to alergia ale czasem nie. Teraz na pewno nie. To nie alergia. To jakiś wirus lub bakteria, która zaczęła się od bólu gardła. I położyła mnie na kilka dni w czerwcu. Chwilowo przeszło ale wróciło w tym tygodniu. I znowu uwaliło mnie na kilka dni bez jeżdżenia. A na domiar złego jeszcze te kolano mnie boli. Boli potem przestaje. To nie wygląda na uraz. Bo by przecież cały czas bolało.. Na razie stawiam na "obserwacje". A jeśli faktycznie dolegliwości nie miną wraz z końcem kolejnego miesiąca (tj. kończącego się czerwca) to czeka mnie ponownie użeranie się z lekarzem. A to tylko niepotrzebny powód do wkurwiania się. I nic poza tym. Także - dzisiaj cały czas noga dawała się we znaki. Do tego temp. już od początku mojej trasy przekraczała +30℃. Z maksimum na dzień dzisiejszy (przynajmniej kiedy ja jechałem): +33℃. Zaś sam maksimum na dzień dzisiejszy wzrósł do bardzo wysokich wartości: +36℃. Ogólnie w Polsce dziś padły rekordy ciepła i odnotowano temp. przekraczające +40℃! Nieźle! I oczywiście były ostrzeżenia IMGW, że będą burze, ulewy. A nic nie było. Jak zwykle niepotrzebne straszenie w które od początku nie wierzyłem i faktycznie nic się dzisiaj nie działo... No ale i tak dzisiejszy jest jakiś taki słaby. Ze względu na pewny projekt, którego od razu nie zrealizowałem. I już nie zrealizuję - chodzi o aktualizację zdjęć przedniej opony. Zrobionych po przejechaniu na niej 1500 tras. Na chwilę obecną to jest nawet więcej niż 1500 albo i 1501 bo to jeszcze nie byłby problem! Rekord minął 8 dni temu. W tym czasie zrobiłem kilka tras: Trasa "50-tka": 1500 tras opony!. No ale zdjęć niestety nie. Próbowałem nadrobić tą sesję dzisiaj. Specjalnie po dzisiejszej nie łatwej trasie jeździłem ze stojakiem serwisowym do Truskolaskiego lasu.. I oczywiście. Stojak się musiał rozsypać. A dokładnie ramię trzymające rower. Potem jeszcze problem z nowymi sakwami.. Bo jakby miało być inaczej. No po prostu.. Moje życie to jedno wielkie pasmo nie powodzeń. A to wszystko prowadzi mnie do dość negatywnych wniosków.. Przede wszystkim takich, że mogłem sobie darować wyjazd na Szczecin w sobotę w ubiegłym tygodniu. Skupiłbym się na blogu. Zrobiłbym te cholerne zdjęcia. Dziś nie byłoby tematu. A tak.. Skakałem po lasach z rozwalającym się stojakiem, bolącym kolanem i temp. przekraczającą +33℃... I idącą na rekord czyli wspominane +36℃!...
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1 * Poprawka licznika z powodu bugów 2026 r. Wartość jak na zdjęcu licznika.
ID wpisu: 1819
Trasa nr [łączna]: 1895
Trasa nr [na blogu]: 1809
W tym tygodniu: 4
W tym miesiacu: 14
W tym roku: 90
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 1880 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 1794 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 15 dni
Stan Licznika Poczatkowy: 32168.3 km
Stan Licznika Końcowy: 32191.46 km
Stan Licznika Końcowy2*: 31992.11 km
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 10530 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 10554 km
Maksymalna prędkość: 26.4 km/h
Przejechałem: 23.16 km
Przejechałem [msc]: 458.14 km
Przebieg roweru [rok]: 2332.28 km
Przebieg roweru [suma]: 68959.24 km
Przejechalem w 2026: 2332.28 km
Podroż dookoła świata (2026) 5.8307 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 172.3981 [%] km
Czas jazdy: 01:38:25 h
Czas Jazdy Suma (ever): 4398:25:03 h
Czas Jazdy Suma (blog): 4174:58:55 h
Czas Jazdy Suma (2026): 150:37:17 h
Czas Jazdy Suma (w tym msc): 28:32:44 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 02:02:20 h
Średni czas jazdy w tym roku: 01:40:25 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:17:43 h
Średnia: 14.18 km/h
Dzisiejsza trasa jak już wspominałem: była ciężka i nie łatwa. Start do jazdy powodował ból kolana, dalsza jazda także. Dopiero po dłuższej jeździe mijało. Do chwili kolejnego postoju. Było słabo.. Jednak nim ruszyłem nie mogłem o tym wiedzieć. Nic mi dzisiaj nie szło. Jakiś taki słaby dzień mam. Pogoda wręcz idealna ale mi jakoś w życiu nie idzie. Nie mam dalej (w stanie na dzień dzisiejszy) uzupełnionych ostatnich wpisów na blogu. Kończy się kolejny miesiąc. I zaczyna mnie to męczyć. Ledwo się zacznie (kolejny miesiąc) a już się kończy. I tak mija niezauważalnie te życie.. Dziś postanowiłem przejechać się niecodziennie bo odwróconym wariantem Powalickiej Trasy. Ruszyłem na sam pierw po tym męczącym bruku w stronę ścieżki rowerowej. Aby przejechać tą ścieżką Rzesznikowo i dojechać do Rymania. Tam pod górkę w kierunku Kamienia Rymańskiego ledwo dałem radę.. Trasa trochę mi się dłużyła ale dawałem radę. Nim jednak dojechałem pod Powalice byłem wykończony. W końcu jednak mogłem wjechać na upragnioną drogę leśną - szutrową. Jednak nie jest już jak dawniej. Cała droga jest zniszczona. Źle się jedzie. Trwające tutaj wycinki drzew - nawet w sezonie letnim! Jeszcze bardziej wszystko degradują. Również wzdłuż PŻ14. A to był jeszcze w zeszłym roku fajny odcinek drogi. I tak szybko go zniszczyli... A co mam powiedzieć o gorszym odcinku PŻ16. Gdzie zawsze było źle.. Tu nawet wszystkie kałuże nie zdążyły wyschnąć. Miejscami jest jednak taki piach, że też nie idzie jechać. Masakra jakaś. Najgorszy i najbardziej dłużący się odcinek który prowadził mnie do PŻ15. Tu była kolejna patologia. Kurwy jebane, niszcząc lasy zniszczyli drogę. A więc jak została ona naprawiona?! Poprzez sypanie grząskiego piachu na nią. Wszystko się w tą pogodę unosi. Źle się po tym jedzie. A na domiar złego to droga prowadząca na jezioro Popiel. Dzisiaj był na niego spory ruch. Przejazd do brukowanej drogi był masakrą. Zaś sama brukowana droga: nie lepsza. Też zniszczona. Dziś mnie na tyle wykończyła, że musiałem sobie zrobić postój - pomimo tego, że do auta miałem <0,5 km. To nie dałem rady ciągnąć tej farsy dalej. I musiałem zrobić krótki odpoczynek. Po którym już dojechałem. A po trasie - zamiast do domu to na myjnię. Na Moya Płoty - na myjnię, gdzie straciłem 15 zł. Umyłem dokładnie całą Aurelię. Umyłem także samochód. w tym tych trudno dostępnych miejscach jak się drzwi otwiera i bagażnik. To wiąże się z tym, że woda wleci do środka ale dziś jest na tyle gorąco, że zaryzykowałem. I cóż. Po myjni pojechałem do lasu w Truskolesie. Zrobić w końcu zdjęcia opony. I był problem. Przy rozkładaniu stojaka, i dokręcaniu ramienia, które trzyma rower wypadła mi jakaś śruba, i części z niego. Nie udało mi się tego poskładać. A bez tego te ramię się nie trzymało. I wylatywało. Aby w ogóle rower stał na stojaku... To zdejmowałem sakwy. I wkurwiła mnie nowa sakwa Whell Up. Aby zdjąć sakwę to jest rączka z takiego paska. Jak to pociągnąłem aby zabezpieczenie puściło to urwał się ten pasek. No ja pierdole. Stare sakwy były wielokrotnie ściągane i nigdy tak nie było. Ta sakwa co dopiero nałożona i już taki problem. Potem i tak się namęczyłem aby je z powrotem nałożyć - co robiłem już pod blokiem. Zabrałem wszystko. Przyczepiłem Aurelię do bagażnika rowerowego. I w drogę. Trzeba było kończyć tą dzisiejszą farsę. Dziś podobnie jak wczoraj miałem naiwną - i nierealną myśl, że po trasie, zjem obiad. Wykąpię się. Odpocznę oglądając SpangeBoba (swoją drogą skończyłem dziś 12 sezon i zacząłem oglądać 13 sezon).. I wezmę się za bloga. Nie. Nie wziąłem się za bloga... Na szczęście wpisy do końca czerwca (a przynajmniej do dzisiejszego) ogarnąłem w dniu 30.06. W szkole. ... To jeszcze nie tak źle. No ale skala problemów z jakimi się zmagam w tym moim marnym życiu - coraz mocniej mnie przerasta i dobija.. Chyba takie życie - czy w ogóle życie - nie jest dla mnie.. Nie dla takich nieudaczników jak ja. Aha dla jasności bo nie wiem czy wyraziłem się jasno w dzisiejszym wpisie :) Zrezygnowałem ze zdjęć opony. Skoro to i tak mi nie wyszło i tak.. To trudno. Zrobię zdjęcia tej przedniej opony na jej ostateczny koniec - gdy przestanie działać. Na razie jeszcze działa i naprawdę trudno powiedzieć kiedy ten stan ulegnie zmianie..
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)