Dzisiejsza trasa jest dawno, dawno nie robioną trasą. Dla mnie osobiście jest to ważny moment w tym moim chujowym życiu, w którym w ostatnich dniach pojawia się motyw liczby 5192. Co ta liczba oznacza? Pewnie nic szczególnego. Przemyślenie nie jest ściśle z dzisiejszego dnia a z środy (11.06): (...)doszedłem dzisiaj do ciekawych wniosków aby się z czymś pogodzić musi minąć sporo czasu w którym mamy policzalne i nie policzalne wydarzenia, kolejne zbiory danych. Ten okres jak dla mnie pewnie powinien wynosić 5192 dni. Minęło dopiero 289 dni. A więc pozostało: 4903. Przez ten czas życie na pewno się zmieni. I wiele się wydarzy.. . Odnoszę się tu do zdarzenia z 26.08.2024 r., które sporo zmieniło. I było powodem mojego okresu mocnego załamania, które było szczególnie widoczne w kończącym się 2024 r. W trwającym 2025 r., który nie tak łatwo się zaczął.. Wciąż pojawiają się te myśli. Wracają wspomnienia. To co się jednak stało miało ogromny wpływ na mnie. Na Aurelię i mój czas spędzany z nią. Przecież te konsekwencje widać do dziś. Prawie połowa czerwca a ja nawet 2k km z Aurelią nie zrobiłem. Słabo mi idzie ten rok na rowerze - analogicznie w 2024 r. słabo kończyłem 2024 r. Do tej pory - choć próbowałem - ale nie przejechałem dłuższej trasy niż 55 km. Już się wybierałem na tą trasę Buszującego w Zbożu. Nie dałem jednak rady - aż do dziś. A co ciekawe w samym 2024 r. w ogóle na tą trasę nie pojechałem. W 2023 r. byłem tylko raz: Trasa buszującego w zbożu z 16.04.2023 r.. I to nie oryginalnym przebiegiem. W 2021 r. też się zdarzył nie oryginalny przebieg. Po prostu łatwiejszy wariant, który wypaczał sens tej tak naprawdę nie łatwej trasy: Trasa buszującego w zbożu z 23.08.2021 r.. Uściślając w 2022 r. również nie przejechałem ani razu tej ważnej dla mnie trasy - przypadek? Nie wierzę w przypadki. W 2022 r. poznałem i budowałem znajomość.. z ważną dla mnie osobą. W 2023 r. było najlepiej. W 2024 r. ta znajomość się skończyła. Zostałem dogłębnie zraniony jak nigdy. I nie wiem czy będę potrafił zaufać kobiecie.. Jak mocno i czy w ogóle. Ciągnę jednak tą historię Buszującego w Zbożu. Nie pociągnę jej do jej granic - początków bo nie jest to w kontekście tej historii istotne. Ważne jest to, że nie licząc trasy: Pożegnalna trasa - gdzie Buszujący był fragmentem. Nie łatwym. Trudnym ale fragmentem to od: Trasa buszującego w zbożu z 08.06.2021 r. nie jeździłem tym oryginalnym i najważniejszym fragmentem trasy! Co z tego, że robiłem samą trasę jak pomijałem jej genezę. Największy trud. Największy trud, który jest jednocześnie największą nagrodą... Możliwość przejechania się po polu... Zweryfikowania swojej wiary, nadziei i sił... Nic tak nie weryfikuje jak nie możliwy trud. A dziś było szczególnie trudno. To moja 17-sta trasa Buszującego w Zbożu. A nigdy nie było tak ciężko. I nie chodzi wcale o pogodę. Dziś upalnie, ciepło... Nie chodzi wcale o wiatr. Bo wiało. I to mocno momentami! A chodzi o jedno z pól... które zostało w tym roku wyjątkowo zasiane rzepakiem. Nie było drogi technicznej - zrobionej przez ciągniki. Wszystko zarośnięte. A ja naprawdę buszujący, przedzierałem się z ogromnym trudem przez te chaszcze... Zostawiając z tyłu przeszłość... A witając się z nie znaną przyszłością. Momentami było tak ciężko, że aż mnie mocno brzuch rozbolał. Nie wiem... stres? Wysiłek? Musiałem szarpać się z tym zbożem. I jedyne co zyskiwałem to zrobienie kroku, dwóch może trzech. I znowu: dwa kroki, może trzy. Patrząc jednak całościowo na problem - to miałem za sobą już sześć kroków, kolejne osiem. Do celu jednak daleko. Nigdy nie było tak ciężko. Choć bywało różnie. Nigdy jednak nie aż tak... Kolejne nawiązanie do tego, że przed 26.08.2024 r. bywało lepiej? Przynajmniej jakiś czas... Gdy pojawiła się ta ważna dla mnie osoba. A teraz jej nie ma. Jestem skazany na życie sam. Na rzeczywistość w której się nie odnajduję. Jest to rzeczywistość której nie rozumiem. I w której dawno się pogubiłem. A jakimś naprawdę znaczącym krokiem w przód jest ta trasa... Jest dla mnie ważna. Całą drogę powtarzałem sobie słowa piosenki z pierwszej serii Pokemon: Pokemon - Czy już wszystkie masz?. Skupiłem się na drugiej zwrotce piosenki: Gdy wyzwanie rzuci los - z odwagą stań i walcz! To co ci odebrał ktoś odzyskasz jeśliś chwat! i dalej: Ze mną choć! Już nadszedł czas... Nikt nie równy nam!. No właśnie. Nikt nie równy mnie i Aurelii. Naszej pisanej od ponad 63 tyś km historii... Ta trasa mi sporo dała. Wiary w siebie! Swoje możliwości. Wracam. Powoli wracam do tego co było... Do bycia mocnym zawodnikiem, który nie poddaje się mimo przeszkód. Jeżdżę już kilka dni w tym tygodniu. Robię trasę po trasie. Walczę o kilometry. I moje główne cele tj. 500 km/msc w każdym msc - przynajmniej do października. W listopadzie i grudniu zadowolę się po 300/350 km/msc. I walczę o cel roczny: 5k km. Nie zapomnę jednak o przeszłości. Dniach czy trasach, które nas ukształtowały. Mnie i JS. Będę jednak walczył dalej o każdy dzień, każdą trasę. Tak jak dziś zawalczyłem. I cóż... Zobaczymy co będzie za 5192 dni... Minęło dopiero 292 dni. A już się sporo wydarzyło. Kolejne dni przyniosą kolejne wydarzenia. Kolejne nowe wspomnienia. Wrócę jednak na chwilę do tej liczby. Jest symboliczna. Może nic szczególnego nie znaczy. Matematycznie też. Nie jest ściśle nawet żadną potęgą liczby tzn. nie istnieje liczba taka, że ab=5192 dla oczywiście a>1 i b>1. Jednak z jakiegoś powodu pomyślałem o niej. Jakieś odległej. I faktycznie odległa - 14 lat. Po przeliczeniu - gdy rachowałem "na oko" obstawiałem coś w granicy 15 lat. Wspominałem o środzie 11.06: Trasa Makowice-Słudwia. Kolejna trasa na pełne wspomnień drogi. I kolejne smutne chwile. W ostatnich dniach kolejna osoba z tej wsi (Makowice) odeszła. Dla rodziny to wielka tragedia. Jest coraz smutniej tam jeździć widząc ile się zmieniło. I jak mało zostało z tego co gości w moich wspomnieniach. A dodatkowo dołuję się oglądając 7 sezon serialu Black Mirror. W historii, którą oglądałem 11.06 - była oparta o maszynę, urządzenie, które pozwalało wydobywać stare wspomnienia. Wskrzeszać zdjęcia analogowe - już nie mówiąc, o możliwości przeszukiwania chmury. Jednak bohaterem historii był mężczyzna w starszym wieku, który przeżył swoją młodość i miłość przed erą "chmur". Miał analogowe zdjęcia z aparatu. Wskrzeszone cyfrowo, pozwalały jemu przypomnieć sobie chwile z tamtych lat. On również wspominał o nieudanej miłości - po której stracie, pogodzenie się jemu z rzeczywistością zajęło 15 lat. Przypadek? Znowu: nie ma przypadków. Jednak ja nie pomyślałem koniecznie o tej postaci z serialu Black Mirror. Nie pomyślałem o tej historii - nawet nie jestem do końca pewny czy na pewno oglądałem ją 11.06 czy potem... Dzisiaj tj. 14.06 oglądałem już ostatnie odcinki 7 sezonu Black Mirror. O tych 5192 dniach pomyślałem mijając w dniu 11.06 Kościół w Płotach. Tablica informacyjna obwieszczona kolejnymi klepsydrami. Moje myśli pobiegły w stronę rodziny z Makowic, nie mojej rodziny tylko rodziny zmarłego. I czasie jaki będą potrzebować by móc dalej żyć. Skojarzenie nie do końca bezpodstawne. Bo gdy przejeżdżałem przy Kościele właśnie wychodzili z niego ludzie. Jestem prawie, że pewny, że wychodzili po pogrzebie. Pomyślałem ile czasu sam bym potrzebował aby uporać się z taką stratą. Musi być długa... Jeśli od przykrego zdarzenia minęło 5192 dni.. To chyba długo prawda?... To chyba wystarczający czas aby się pogodzić? No i mamy to co mamy... Moje wspomnienia, historia z 7 sezonu serialu Black Mirror, o wspomnieniach.. Nieudana miłość. I 15 lat. Nie ma przypadków. Wszystko się z sobą łączy. To są wydarzenia z ostatnich dni, ściśle powiązane z moją dzisiejszą rowerową próbą. Wiąże się z nią także wczorajszy dzień: "Pole Maków". Miła, aczkolwiek krótka trasa to nie wszystko. Miłe po południe to również nie wszystko. Wczoraj dwukrotnie się poryczałem. Miła codzienność, nie zastąpi mi tej osoby, która odeszła z mojego życia. Zostawiła taką pustkę... Tak ogromne cierpienie... Tak było wczoraj. Dziś się pozbierałem. Pełny energii, zaparcia w sobie pojechałem zdobywać nie zdobywane od ponad 4 lat ślady oryginalnej trasy Buszującego w Zbożu! Udało się... I to mnie ogromnie cieszy. To dla mnie ogromny sukces... Po tych osobistych doświadczeniach z końcówki 2024 r. Po tym smutku, który jest we mnie do dziś. To naprawdę ogromne zwycięstwo! I to wcale nie na łatwej trasie... Buszujący w Zbożu nie jest łatwy. Były jednak lata, że ten trud nie był trudem. Był codziennością. Cóż - zmienił mnie czas, wiek i doświadczenia..: Kasia Kowalska - To Co Dobre. Pasuje idealnie. Prawda?
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1 * Poprawka licznika z powodu bugów 2025 r. Wartość jak na zdjęcu licznika.
ID wpisu: 1609
Trasa nr [łączna]: 1686
Trasa nr [na blogu]: 1600
W tym tygodniu: 5
W tym miesiacu: 10
W tym roku: 74
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 1672 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 1586 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 14 dni
Stan Licznika Poczatkowy: 26511.1 km
Stan Licznika Końcowy: 26583 km
Stan Licznika Końcowy2*: 26389.42 km
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 4927 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 4991 km
Maksymalna prędkość: 33.1 km/h
Przejechałem: 71.9 km
Przejechałem [msc]: 290.72 km
Przebieg roweru [rok]: 1849.5 km
Przebieg roweru [suma]: 63282.96 km
Przejechalem w 2025: 1849.5 km
Podroż dookoła świata (2025) 4.6238 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 158.2074 [%] km
Czas jazdy: 04:19:24 h
Czas Jazdy Suma (ever): 4034:28:13 h
Czas Jazdy Suma (blog): 3811:02:05 h
Czas Jazdy Suma (2025): 118:59:47 h
Czas Jazdy Suma (w tym msc): 17:45:01 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 01:46:30 h
Średni czas jazdy w tym roku: 01:36:29 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:22:07 h
Średnia: 16.66 km/h
Trasa z dnia dzisiejszego jest przede wszystkim zwycięstwem nad słabością. Nad własną słabością. W tym roku kalendarzowym to nie jest moja pierwsza próba zmierzenia się z tą nie łatwą trasą. Jednak pierwsza udana próba: Nieudana trasa: brak sił.... Dzisiaj aura mi służyła. Było gorąco. Wręcz duszno. A to tylko 20kilka stop?. Okolica 25℃. Mocny wiatr to maskuje. Jest ciężko ale się nie poddaję bo: Gdy wyzwanie rzuci los! Z odwagą stań i walcz!. Więc walczę. Do końca. Czasem mimo braku sił. A tych momentami mi brakowało. Jednak trzymała mnie w ryzach myśl: zaszedłem zbyt daleko aby się teraz poddać. Więc się nie poddawałem i walczyłem do końca. W tej ważnej dla mnie trasie, na której układałem słowa cytowanej piosenki z Pokemon - z pierwszej serii. Powtarzałem sobie te słowa do znudzenia i pokonywałem kolejne momenty dzisiejszej trasy. Zaczynałem bardzo spokojnym wyjazdem z domu, skierowałem się również spokojnie na drogę DW108. Był dziś spory ruch aut. Wszystko nad morze pędziło! W końcu ciepły weekend. W naszym klimacie to rarytas, który nie często się powtarza. O ile droga na Golczewo spokojnie minęła. Przejazd przez Golczewo również.. To zwątpienie miałem na drodze z Golczewa na Stuchowo. Nie łatwy odcinek drogi. I nie łatwa droga. W fragmentach jedynie naprawiona. Wiele wspomnień szczególnie z 2017 r., gdy szczególnie często tutaj bywałem... W Mechowie w gm. Świerzno. We wsi Upadły. Po prostu te rejony, swego czasu - a to już odległy czas od dnia dzisiejszego - często odwiedzałem. Nawet ten czas, choć wydaje się odległy - nie wypełnia znamion tej liczby 5192. Z jakiegoś powodu dla mnie ważnej. A tak sobie po prostu rzuciłem liczbą - dużą w kontekście ilości dni - i teraz będzie mnie męczyć. No cóż. Nie przyjmowałem jednak do siebie żadnych złych myśli. Korzystałem z tego, że nie jechałem wprost pod wiatr. Dalej spokojnie... bez pośpiechu. Wioska za wioską. Aż dojeżdżam do Stuchowa. Tu już jest ciężko. Moja dalsza droga do Gryfic była drogą pod wiatr. Szczególnie ciężko miałem na odcinku Stuchowo - Dobrzyń. Ciężko ruszyć. I jechać. Wiatr mnie tłumił. Nie miałem sił. Zaraz za Stuchowem zrobiłem sobie dłuższy odpoczynek, na którym zjadłem bułkę. Nawodniłem się. I wzmocniłem RedBullem. Może po tych cholernych RedBull'ach mnie dziś brzuch bolał? Bo tak naprawdę zaczął mnie pobolewać przed Łopianowem. No nie mniej przede mną daleka droga. Skupiałem się na tym wyzwaniu. Cytując sobie fragmenty z piosenki: "Już zwycięstwa czujesz smak, to zawsze był nasz cel!". Pewnym zwycięstwem był sam dojazd do Łopianowa. A tak naprawdę... Zwycięstwem jest również samo wyjście z domu! Już dawno tak pozytywnie nie pisałem. Z trudem ale dojechałem do Dobrzynia. I teraz do Gryfic nie było tak źle. Teren obrośnięty drzewami tłumił wiatr. Spokojnie jechałem. Stanąłem dopiero w Zaleszczycach mając nie łatwe wzniesienie między Wilczkowem a Popielami do pokonania. Nie było jednak tak trudno jak się spodziewałem. Choć szczerze? To tego wzniesienia się obawiałem. Jednak pokonałem je. Wtoczyłem się dalej. A w Zaleszczycach jak za dawnych lat, na przystanku autobusowym sobie odpocząłem. Od pewnego czasu czyli od Golczewa małe postoje robiłem sobie średnio co 5 km. Kolejne 5 km odcinki wyznaczały mi granice trudu jaki muszę włożyć w dzisiejszy wyjazd. Coraz bliżej. I coraz łatwiej. Minąłem wkrótce Gryfice. Przejechać je jednak na nowo było ciężko. Dojazd do skrzyżowania na Łopianów był męczący. Zaraz za Gryficami w drodze na Łopianów zrobiłem sobie dłuższy postój. Zdążył mnie tutaj uwalić komar. A ja zwróciłem uwagę na to, że pomimo tego, że jest od paru dni ciepło.. To wciąż są kałuże. I to nawet w miejscach nasłonecznionych! A co dopiero po lasach. Tam to dopiero jest mokro i wilgotno. I te cholerstwo się mnoży w dużych ilościach. Mimo, że grzeje, mimo, że wieje.. To robactwo daje się we znaki. A wkrótce miało dać mocniej. Pomimo licznych wspomnień.. Bo z JS nie raz jeździłem na Łopianów.. Droga minęła bez zdołowania. Minąłem sam Łopianów i zrobiłem kilka wyjątkowych ujęć moją wierną cyfrówką: Sony DSC HX-350. Odkąd mam ten aparat powtarzam, że warto go zabierać w trasy - nawet dla jednego zdjęcia. Dziś zrobiłem ich 4. Choć bardzo wyjątkowe jest jedno. To ślady po kałuży na polnej drodze. Popękana ziemia. Kolejny symbol. Kolejny trud. I właśnie jak o trudzie mowa... To już wchodzę w ten moment. Jadę polną drogą w stronę dawnych kurników w Bądkowie. Słyszałem te określenie: "kurniki". Pamiętam je od mojej pierwszej trasy: Buszujący w zbożu. Pamiętam znacznie więcej z tamtego dnia. Było pięknie. A potem się pięknie drapałem wiele dni, tak mnie te pierdolone komary pogryzły... No cóż. Piękne wspomnienia zawsze są bolesne prawda? Coś o tym wiem. Nie mniej zaznaczona na mapie droga się kończyła. Pierwsze pole - choć trudne do pokonania pokonałem. Drugie pole, z którego było już widać Bądkowo okazało się trudniejsze do pokonania niż się spodziewałem. Nigdy do tej pory - czyli przez 16-ście tras Buszującego w Zbożu - nie licząc pierwszej trasy i gdy omijałem pole to w sumie mniej... No ale nie ważne - nigdy nie było tu tak ciężko. I chyba nigdy nie był tu zasiany rzepak. Zawsze była droga utorowana przez ciągniki. A dziś niestety. Dziś była głowa pełna myśli, przegrzana na słońcu. Ja napojony energetykami - wypiłem dwie puszki Red Bulla do tej pory. Zmęczony. Zjechany. Z możliwością cofnięcia się. Trudno. Próbowałem. Mogłem uznać, że jest po prostu zarośnięte. I nie ma sensu. A co uznałem? Gdy wyzwanie rzuci los! Z odwagą stań i walcz!. I Trenuj ze mną.. nadszedł czas!. No właśnie. Nadszedł czas wielkiej próby. Jak wielkiej? Wielkiej WIELKIEJ. To było coś. To jest jedna z najlepszych moich tras. Robiłem krok po kroku by być coraz bliżej. Momentami krzaki rzepaku były wyższe ode mnie. Wkręcały mi się w Aurelię. Musiałem ją wyszarpywać. A to wszystko po to aby zrobić kolejne kroki. I znowu to samo. Szybko można mieć tego dość. Dodatkowo wkurwiały mnie muchy. Paliło słońce. A te kurwy małe latały nieustannie dookoła mnie doprowadzając do kurwicy. Co mocniej ustami oddychałem... To zgadnijcie do czego to prowadziło... I ta męczarnia w moim mniemaniu trwała długo. W rzeczywistości w życiu bym nie uwierzył, że tak szybko się z tym uporałem gdyby nie to, że mam nagranie na dowód. Zresztą zobaczcie sami: Zmagania na polach Buszującego w Zbożu. To cały film. Od kiedy minąłem Łopianów. Do momentu kiedy wydostałem się z tego pola - daje to 40 min zmagań. A sam fragment walki ze zbożem... Niby z 15 min? A wydało mi się to całą wiecznością: Walka ze zbożem. Zjechany. Umęczony. Wydostałem się. Rany wojenne są. Poharatane całe nogi. Spalone od słońca również. Jestem przegrzany słońcem. Pewnie jeszcze dzisiaj będę zdychał. Nie mówiąc o tym, że jutro na pewno. Nie przejmuję się tym jednak. Było warto. Zjechany wyjechałem. W Bądkowie przystanąłem. Napoiłem się. Oceniłem straty. Praktycznie nie działa mi przedni hamulec (tarcza). A co dopiero miałem serwis hamulca. No ale pewnie jakiś syf został. I to dlatego. Jakiś syf z pola. Bardzo piszczy mi ten hamulec lub tarcza. Poluzował się lub urwał przedni błotnik wraz z lampą z dynama... Zawsze mogło być gorzej. Odjechałem stąd. Za Bądkowem przystanąłem - wyrwałem resztę zboża z Aurelii. Jadąc jak worek zwłok, ledwo się poruszając wracałem do domu. A no i przestał mi działać prawy licznik - zapasowy Sigma 600. W pewnym momencie myślałem, że zgubiłem magnes. Bo go nie widziałem. Prawdopodobnie się przesunął. Może byłem na tyle zmęczony... W piwnicy się znalazł. Wszystko się znalazło. Teraz tylko naprawić Aurelię. I kolejne przygody czekają. Ciekawe czy będą aż tak ekstremalne jak ta?... Zmęczony dojechałem do domu. Cieszę się jednak, że pojechałem. Zmierzyłem się z naprawdę nie łatwą trasą. W końcu byłem na nią gotowy. I dałem radę. A to najważniejsze. To niby tylko 70 km. To jednak naprawdę nie jest ani łatwa trasa.. Ani łatwy czas dla mnie. To pewnie dopiero początek drogi, którą to wracam do tego co było.. Do pięknych chwil w życiu. I do tego aby te piękne chwile widzieć. Aby znów jeździć sporo i intensywnie. Aby znów móc udawać szczęście jak dawniej. No bo przecież tak naprawdę nigdy nie byłem szczęśliwy. Moje życie jednak wypełniały piękniejsze chwile. I znów mogą... Przynajmniej taką mam nadzieję, że dzisiejsze zmagania niosą za sobą trwałą i lepszą zmianę w moim życiu!...
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)