Dzisiejsza trasa stanowi nieco większą i bardziej złożoną przejażdżkę. Na początku chciałem zrobić tradycyjną trasę 50-tkę. Skorzystać z niecodziennej pogody - dziś temp. maksymalna wynosiła +35℃. Jutro miało być +37℃! Nie często zdarza mi się jeździć w taką pogodę bo i nie często taka pogoda się zdarza.. Jechałem na trasę w porannych godzinach - gdzieś przed godziną 9 rano. Gdy było dopiero ok. 26℃. Nie zapisałem sobie w sumie -.- O godzinie 7 rano było 23℃. Gdy kończyłem moją trasę było tylko 33℃. Nie zdążyłem "dotrwać" do temp. maksymalnej, która przesuwała się z godziny na godzinę.. :( Zbyt krótka trasa.. Chociaż powiem tak.. Trochę trasy przejechałem w temp. >30℃. I chyba wiek swoje robi. Bo już trochę ciężko się robi.. Kiedyś to się jeździło i więcej w taka pogodę i było ok! :) Początkowo jak wspominałem miałem zrobić trasę 50-tkę (a więc klasyka). No ale to była zbyt skromna trasa. Jakoś chciało mi się jeździć.. Pomimo dalszego problemu z zatokami i bolącym kolanem. Dzisiaj ponownie jak na czwartkowej trasie: Trasa Gryfice-Łopianów. Problem był przy ruszaniu. Tylko jakiś czas.. Potem przeszło.. Pod koniec trasy już mnie nic nie bolało. Nie przegrzałem się także. Chyba za krótko byłem wystawiony na ekspozycję słońca. I nie poszło wcale nadmiernie dużo wody. A przygotowałem się na to. Miałem z sobą 2 całe butelki 1.5L wody i 2 takie do dokończenia butelki. Poszły tak naprawdę tylko dwie 1.5L butelki. A więc nie najgorzej. Cała trasa zamknęła się w "prawie" 70 km. No nie przekroczyła 70. I tak kombinowałem. Przedłużyłem sobie tą trasę aby zrobić dodatkowe kilometry. Chwilami było gorzej ale pod koniec trasy bardzo męczyła mnie świadomość, że właśnie kończy się trasa. Nie zrobię już dziś więcej kilometrów. A chce mi się jeszcze pojeździć! Kolano mniej boli - jeśli nie w ogóle. To tym bardziej chce się jeździć! No ale dobra. Odpuściłem sobie z taką mało realną myślą, że wrócę. Wykąpię się. Zjem coś, chwilę odpocznę i wezmę się za bloga! Na dzień dzisiejszej trasy miałem zaległości sięgające wpisu: Makowice:
- "ponowny powrót do zdrowia". Czyli rzeczony WPIS=1804 nie był opisany. I w sumie było mi ciężko się ogarnąć. Późnym po południem (dopiero po godz. 19) opisałem 2 wpisy tj. rzeczony WPIS=1804 i WPIS=1805. Jednak ich pełnej publikacji na dzień dzisiejszej trasy nie zrobiłem. To było naiwne. I w sumie się tego spodziewałem, że mogę nie dać rady. Dlatego lepiej wychodziłoby mi samo jeżdżenie niż sprawy formalne po jeżdżeniu (tj. ogarnięcie wpisów). Ten kończący się czerwiec w tym roku jest dla mnie wyjątkowo ciężki. A bądź co bądź ta pogoda to nie pomagała.. A więc.. Nie robiłem skromnej trasy 50-tki. Miałem zamiar zrobić Trasę Przygód! A w jej trakcie jeszcze przed Mechowem w gm. Świerzno pomyślałem o rozszerzeniu trasy o powrót przez Łopianów. A potem poleciałem jeszcze lepszym pomysłem! Powrotem przez Gostyń Łobeski na Dobiesław. Aby było jeszcze dalej! Czuję się w formie. O dziwo - nie czuję się źle. A obawiałem się tego, że mnie migrena dopaść. Mogę się źle czuć. A nic z tych rzeczy. Chwilami łapało mnie zmęczenie ale tylko chwilami. Koniec końców się nie poddałem i najdłuższy wariant trasy - o którym pomyślałem w jej trakcie. Nadal jest to trasa cykliczna: "trasa_przygód" ale z dłuższym powrotem :) Zyskałem kilka km. Jednak nie na tyle aby przebić się przez barierę 70 km. Prócz km zyskałem kilka dodatkowych ugryzień od tych pierdolonych końskich much. Już skurwysyny są. I są dość aktywne. I nie zważają w ogóle na to, że jest upał. Latają sobie jakby nigdy nic w tym słońcu +30℃... Z odczuwalną grubo ponad 30℃. I są chętne zaryzykować własne życie dla przedłużenia gatunku. Kilka gnid ubiłem ale ile razy zdążyły mnie pogryźć tyle ich. No po prostu robactwo ma przewagę liczebną.. I tym bardziej upada mit "suszy". Problemów z wodą. Na wioskach, w lasach, w rowach wody nie brakuje... I te robactwo się mnoży na potęgę. A jak jeszcze popada... Na jutro zapowiadany jest deszcz i burza.. To tym bardziej tego skurwysyństwa będzie jeszcze więcej. Jest tylko kilka dni ciepło. Tylko co te kilka dni znaczą? No nic nie znaczą. Musiałoby jeszcze z tydzień czy z dwa nie padać. Wtedy populacja męczącego robactwa trochę by zmalała... I wtedy jeździłoby się przyjemniej :) I nie byłyby wtedy choćby takie muchy końskie takie chętne do kąsania.. Jak dziś.. A kilka ukąszeń mam.. Pierwsze ukąszenia w tym roku - przez końskie. Pierwsze komary już zdążyły mnie dopaść - jeszcze wiosną - gdy się kurwy pobudziły..
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1 * Poprawka licznika z powodu bugów 2026 r. Wartość jak na zdjęcu licznika.
ID wpisu: 1818
Trasa nr [łączna]: 1894
Trasa nr [na blogu]: 1808
W tym tygodniu: 3
W tym miesiacu: 13
W tym roku: 89
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 1879 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 1793 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 15 dni
Stan Licznika Poczatkowy: 32099.6 km
Stan Licznika Końcowy: 32168.26 km
Stan Licznika Końcowy2*: 31968.91 km
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 10462 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 10530 km
Maksymalna prędkość: 37 km/h
Przejechałem: 68.66 km
Przejechałem [msc]: 434.98 km
Przebieg roweru [rok]: 2309.12 km
Przebieg roweru [suma]: 68936.08 km
Przejechalem w 2026: 2309.12 km
Podroż dookoła świata (2026) 5.7728 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 172.3402 [%] km
Czas jazdy: 04:00:47 h
Czas Jazdy Suma (ever): 4396:46:38 h
Czas Jazdy Suma (blog): 4173:20:30 h
Czas Jazdy Suma (2026): 148:58:52 h
Czas Jazdy Suma (w tym msc): 26:54:19 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 02:04:11 h
Średni czas jazdy w tym roku: 01:40:26 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:17:44 h
Średnia: 17.17 km/h
Trasę z dnia dzisiejszego rozpoczynałem dość spokojną podróżą wzdłuż drogi DW108. Jak na początek wakacji, ładną pogodę to ruch turystyczny był niezauważalny tak jakby w ogóle się nie odbywał.. Być może wieczorem ruszy więcej aut. Albo wczoraj był ten pierwszy "bum". I już nie będzie tyle jechało? Bardzo spokojnie. I ja też spokojnie i pewnie pojechałem. Choć najtrudniej było ruszać. Wiąże się to z bólem kolana, które nie opuszcza mnie od paru dni. Problem z zatokami również nie ustępuje. Nie mniej - nie poddaję się i walczę! Moją motywacją jest Sylwestrowa trasa z końca 2025 r.: Sylwester 2025
. Skoro mogłem zrobić tą trasę zimą w trudnych warunkach to mogę i dziś. W korzystniejszych warunkach! Prócz rosnącego upału czuć było rosnące podmuchy wiatru. Dziś mocniej wiało. Więc powietrze było trochę schłodzone. Spokojna trasa skończyła się zaraz za Truskolasem gdy odbiłem na chwilę w las. Nie byłem tam jednak zbyt długo. Muchy były aktywne i po prostu wkurwiały. A do tego dopadły mnie pierwsze końskie muchy. A więc musiałem zrezygnować z chwili relaksu w lesie. I ruszyć dalej. Pod Golczewo. Pod Golczewem o godzinie 10:06 było +29℃. Wkrótce temp. wskoczyła na +30℃ o godzinie 10:29 gdy jechałem już przez Upadły na Mechowo. W Mechowie tradycyjnie była pewna spina z pewnym psem na tutejszej firmie. Takie bydle wielkie. I małe ogrodzenie. A co jeśli te bydle wyskoczy?! Kurwa. Ludzie nie mają w ogóle wyobraźni. Minąłem czym prędzej te miejsce. Nigdy nie lubię tutaj jeździć. To te gospodarstwo jak coś: Gospodarstwo w Mechowo. A stąd dalsza droga do Gryfic była trochę ciężka. Temp. przekraczała 30℃. Wkrótce także 32℃ (o godz. 12:05) - ale to akurat jak już minąłem Gryfice. W drodze do Gryfic miałem temp. między 30-32℃. Wiatr wbrew mojej niechęci do niego trochę pomagał. No ale było ciężko. Tutaj też teren ciężki przez Gacko - Wołczyno na Kukań i Popiele. Gdy już wyjechałem w końcu na drogę DW105 było lepiej. Tylko odcinek przez Zielin i Borzyszewo a potem przez całe Gryfice również dawał się we znaki. Miałem szansę skręcić na drogę DW109. Mieć tylko 12 km do domu. No ale byłem ambitny. I nie rezygnowałem! Jednak robiłem częstsze odpoczynki, po których było ciężko ruszyć. No bo każde ruszenie wiązało się z bólem.. Jeszcze był to czas, że jeszcze bolało. Chociaż wkrótce przestało. Tylko zastanawiam się czemu? Chyba nie zdążyłem się tak szybko przyzwyczaić?... No nie mniej z trudem bo z trudem minąłem Gryfice. Minęła również godzina 12. To była 3-cia godzina mojej podróży. Temp. wskoczyła już na +32℃ i jeszcze nie osiągnęła dzisiejszego maksimum (brakuje jeszcze 3 stop.). A ja jadę dalej. Po wkurwiającej drodze w stronę Łopianowa i jeszcze gorszej na Smolęcin (dawne wysypisko śmieci). Dziura na dziurze. A mieli tą drogę robić. I ciekawe kiedy ją zrobią... No dobra.. Najgorsze i tak przede mną. To przejazd przez te jebane, zjebane i wyjebane płyty za dawnym wysypiskiem śmieci w Smolęcinie. Najebane jest tu kamieni i innego syfu. Nowoczesne łatanie dziur (kurwa!). Naprawdę trzeba być jebniętym i to na maksa aby takie rzeczy robić... Aby zlecać i wykonywać takie naprawy... Które nic nie dają na dłuższy czas. A przez kilka tygodni doprowadzają każdego do kurwicy. Te jebane kamienie przyklejają mi się do opon. I jeszcze bardziej mnie to wkurwia. Przejazd w samym słońcu... Zjebana droga w pseudo sposób naprawiana... No zajebiście. Zarżnięty w końcu dojeżdżam pod Kocierz. Robię sobie dłuższą przerwę. I podejmuję tutaj ostatnią decyzję. Czy wracam zaraz z Kocierza do domu (mam ok. 4 km do domu) z tego miejsca - no może 5 km. Czy jadę przez Gostyń na Dobiesław (ok. 15 km). Czyli dodatkowo 10 km więcej... Czytając pierwszy akapit wpisu już wiecie co zrobiłem :) Wybrałem gorszy wariant. Chociaż nie było tak źle. Noga już nie bolała. Na chwilę wróciły siły. I tak było fajnie do Gostynia. Bo z Gostynia na Dobiesław (ok. 3 km) po tej drodze... To była masakra. Jebane końskie muchy na nowo mnie pogryzły. Płyty jumbo rozjebane. Z pól piachu nawiezione. Nie idzie jechać. W takich momentach ukrop daje się we znaki... Byle tylko do Dobiesławia tak się pocieszałem. I faktycznie. Jak się przebiłem przez te 3 km męki to było fajnie. A w Dobiesławiu swoją drogą spotkała mnie miła chwila.. Nim o niej wspomnę - wspomnę nieśmiale, że temp. osiągnęła już +33℃. I to był mój dzisiejszy maksimum. W Dobiesławiu jeździł taki mały chłopiec. Na oko z 5-6 lat maks. Najpierw się przywitał. A potem wspomniał: ma pan ładny rower :)) Jeszcze nikt mi nie mówił, że mam ładny rower.. Niby nic takiego ale cieszy. Fajna miła chwila, która mam nadzieję, że zostanie przy mnie na dłużej.. To dla odmiany właśnie coś miłego! I zgodnie z przewidywaniami z Dobiesławia jechało się fajnie. Jednak z każdą chwilą byłem coraz smutniejszy. Wiedząc, że to koniec.. Najchętniej bym zajechał na jakąś strawę. Odpoczął. I jeszcze pojechał. Z powodzeniem z 20 km bym jeszcze zrobił. Może i więcej.. Jak za dawnych lat gdy w taką pogodę robiłem i po 130 km (to było co prawda w 2015 r.) no ale takie osiągnięcia z Aurelią osiągałem. Możliwe, że w szczycie moich możliwości. Jednak brakuje mi takich chwil. I tras >100 km. Choć ich za wiele w życiu nie robiłem :( No cóż.. Dziś tego potencjału nie wykorzystałem ale może następnym razem się uda? Kto wie.. Na pewno kolejne wpisy rozwieją wątpliwości w tym temacie! :) A dziś nie pocieszony wracam. Zrobiłem fajne km, ale i tak sporo mi brakuje do limitu miesięcznego dla czerwca. Ten miesiąc mi jakoś nie idzie... Za często choruję. I to ma na mnie zły wpływ :( No ale cóż. Mam jeszcze kilka dni. Zawalczę o te brakujące kilometry.. Bo co mi pozostało? No najwyżej się nie uda. Ale próbować trzeba zawsze. Do ostatniej chwili!..
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)