Trasa z dzisiejszego dnia była niezwykle ciężkim wyzwaniem pod wieloma względami. Przede wszystkim - całą drogę rower dawał mi się mocno we znaki, jechało mi się na nim bardzo ciężko. A to nie jedyny problem z jakim się spotykałem - wiatr trochę przeszkadzał w jeździe, pesymistyczne myśli i nastawienie do trasy, oraz nuda, wynikająca ze zbyt dobrego poznania każdego fragmentu trasy! W końcu są to drogi, którymi dużo i często jeżdżę przy okazji różnych tras i treningów! Dodając do siebie te wszystkie negatywne aspekty no niestety ale nie wynika z tego dobra sytuacja. Jazda była tragiczna. Po dzisiejszym dniu zaczynam mieć uzasadnione podejrzenia, że coś mi się w rowerze psuje. W końcu mój rower w przebiegu zbliża się do 14 tyś. To oznacza, że część używanych części zbliża się do przebiegu 7 tyś, oraz część do wspominanych 14 tyś. Najbardziej prawdopodobne jest to, że siada mi suport, albo coś się dzieje w przedniej piaście. Problem jest taki, że ja z przodu mam piasto-prądnicę - to nie wiem czy da się ją reperować czy idzie na wymianę. Mało problemów? Znowu się coś dzieje ze sztycą. Dzisiaj to dość wyraźnie zauważyłem. Cholerny siłownik sztycy nie utrzymuje mnie i siodełko mi opada. To również może mieć wpływ na komfort jazdy - tylko, że ten będzie można łatwo rozwiązać poprzez mocniejsze skręcenie sztycy. Powinna się na jakiś czas mocno trzymać. Obawiam się ponadto, że okres eksploatacji napędu (szczególności łańcucha oraz kolby) doszedł do końca - eksploatacja tych części zbliża się do 7 tyś km. I możliwe, że to powoduje problemy z jeżdżeniem, z którym musiałem się dzisiaj męczyć i nie tylko dzisiaj bo poprzednie trasy też nie należały do najprzyjemniejszych. Problem jest pilny bo może wciągu najbliższych kilku jazd - wykluczyć moje możliwości i plany wojażowe na okres wakacji. Z czym się oczywiście godzić nie mogę. Jednak na chwilę dzisiejszego dnia nie widzę żadnych rozwiązań. Nie mniej wymiany i regeneracje mnie nie minął. Normalny okres eksploatacyjny części rowerowych dobiegł końca - tym bardziej, że ja rower używam w różnych warunkach pogodowych (słońce, deszcz, śnieg) a także terenowych (asfalt, błoto, piach). Czyli w zróżnicowany sposób następuje zużywanie się mechanizmów napędowych roweru. A co by nie mówić, niektóre z części (jak np. suport) nie były do tej pory wymieniane. A nie wiem ile taki suport powinien pożyczyć. Zakładam jednak, że dystans zbliżający się do 14 tyś km, na zwykłym suporcie w budżetowym rowerze jaki posiadam jest wystarczająco dużym dystansem. No cóż, w najgorszym razie postaram się coś z tą sytuacją zrobić dopiero po weekendzie. Jeszcze kilkaset kilometrów się przemęczę (no tak do 14 tyś), na więcej nie ma szans. Bo to bez sensu aby się męczyć na małych trasach, a nie pojechać w nic dalszego bo się po prostu nie da. Nie jedynym problem byłoby to, że jest po prostu ciężej jechać, szybciej jestem przez to zmęczony ale problemem faktycznym byłaby groźba poważnej awarii, która uziemić mogłaby mnie wiele kilometrów od domu i jak małym wrócić!? Okazać się może, że za kilkaset kilometrów, taka trasa jaką zrobiłem dzisiaj - nie byłaby osiągalna i zbyt ryzykowna. Oczywiście ryzyko jest zawsze, bo zawsze się zdarzyć może jakaś awaria. Ale ryzyko jest tym większe im bardziej są wyeksploatowane części. Całe szczęście, że takie problemy nie nawiedziły mnie z początkiem Czerwca, gdy zaliczyłem naprawdę piękną trasę i wspaniałą przygodę jaką był wyjazd Eberswalde -> Berlin. Teraz jednak nie mogę żyć przeszłością i wspomnieniem tamtych chwil, tamtych tras. Muszę się skupić na tym co przede mną. Renowacja roweru, i dalej jeździć! Aby po latach mieć co wspominać :) Dzisiejszą trasę będę jednak miło wspominał - to typowa trasa "100 km", zachowałem na niej wszystkie szczegóły trasy z jej oryginalnego przebiegu z dnia 29.05.2015. Do dzisiaj jest jednak dla mnie tajemnicą jak to się stało, że 29.05.2015 trasa wyniosła 101,5 km! Wiele razy próbowałem ten wynik osiągnąć, ale nie da się go osiągnąć w inny sposób jak dojeżdżaniem kilometrów, odbijając na trasie gdzieś w boczne drogi (np. w celu WC), i suma takich dojazdów, może dawać brakujący 1 km. To nie jest jednak takie ważne. Jakby mi bardzo zależało na tym 1 kilometrze, mógłbym sobie go nabić jeżdżąc koło osiedla, albo na uliczkach przy rodzimym osiedlu. Najważniejsze jest dla mnie to, że poradziłem sobie z całą nie łatwą trasą - i to myślę, że fantastycznie sobie poradziłem. Ale co tam będę się sam chwalił. Najważniejsze jest dla mnie to, że naprawdę wróciłem do gry! Pochwaliłem się tym wynikiem słowami: Im really back!. Dla osób, które znają moją sytuację powinien być to jasny przekaz. Dla pozostałych - chodziło o to, że po 03.06 po trasie Eberswalde-Berlin-Eberswalde, nie udał mi się zrobić żadnej 100 km trasy. Co najwyżej najbardziej zbliżony do 100 km był wyjazd: Bałtyckie Morze - Mrzeżyno, gdzie już się zaczęło coś nie dobrego dziać. Gdzie spadła moja kondycja, siły. Zaczęły pojawiać się pierwsze symptomy problemów z rowerem, które na dobre zaczęły występować wraz z początkiem wakacji, które wyczuwałem (ale jeszcze tak otwarcie o tym nie pisałem) na trasie na szlakach S6 - Wicimice. Bardziej otwarcie o problemach zacząłem pisać w kolejnych wpisach, gdy był to temat już drażniący a ja popadałem w taką chandrę i mocno pesymistyczne myśli, które wiodły mnie do rozważań czy wszystko co najlepsze w życiu na rowerze - mam już za sobą. I nigdy już nie powrócę do robienia tras >100 km?! Czy jeszcze piękne dni do mnie wrócą?! Dzisiaj tak bardzo wstępnie myślę, że tak! Potrzebowałem takiego sprawdzianu, próby sił i charakteru, z jakim się dzisiaj zmierzyłem. Na każdym kroku trasy walczyłem ze swoimi słabościami, pesymistycznymi myślami, które wiodły mnie na pokuszenie, wiodły mnie na porzucenie trasy i poszukania sobie usprawiedliwienia takiej decyzji. Tylko gdybym tak postąpił, to nie wiem kiedy znów bym spróbował zmierzyć się z 100 km dystansem. Ale kiedy by to nie nastąpiło to zawsze byłoby to ciężkie wyzwanie, gdyż już od miesiąca, nie pokonałem takiego dystansu. Co najwyżej robiłem 70 km trasy. W końcu dla spokoju sumienia, dla własnej satysfakcji i odzyskania wiary we własne możliwości musiałem pokonać tą magiczną barierę 100 km. Nie było wyjścia. Z całą konsekwencją działań i ich możliwych przyszłych następstw, wiedziałem, że nie mogę się poddać. Ale było mi ciężko. Mijając każdy zjazd, każdą szansę na szybszy powrót - trwałem niezłomnie w dzisiejszym wyzwaniu. Jest to zwykła 100 km trasa, taką już wiele razy pokonałem. I w tym roku też ;] Jednak ta dzisiejsza ma dla mnie duże znaczenie. Nie jest to może jakaś wielka odległość, bo w końcu w tym roku robiłem większe, ale jest dla mnie o tyle ważna, że się nie PODDAŁEM i WALCZYŁEM do końca i ostatecznie ZWYCIĘŻYŁEM. Mam na dzień dzisiejszy gorszą sytuację niż dajmy na to na dzień 29.04.2018 gdy zrobiłem po raz pierwszy w tym roku trasę "100 km", dlatego te zwycięstwo tyle dla mnie znaczy. Nie liczy się to, że w przeszłości miałem lepsze osiągnięcia. Liczy się to co jest tu i teraz! A tu i teraz (w sensie dzisiaj) cały dzień mierzyłem się z nie łatwą trasą i wieloma pokusami, które nie zdołały mnie złamać, chodź ich argumenty były dość silne.
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1 * Poprawka licznika z powodu bugów 2018 r. Wartość jak na zdjęcu licznika.
ID wpisu: 254
Trasa nr [łączna]: 338
Trasa nr [na blogu]: 252
W tym tygodniu: 2
W tym miesiacu: 3
W tym roku: 67
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 334 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 248 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 4 dni
Stan Licznika Poczatkowy: 6228.07 km
Stan Licznika Końcowy: 6328.57 km
Stan Licznika Końcowy2*: 6273.27 km
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 5976 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 6076 km
Maksymalna prędkość: 37.6 km/h
Przejechałem: 100.5 km
Przejechałem [msc]: 177.33 km
Przebieg roweru [rok]: 2775.42 km
Przebieg roweru [suma]: 13646.23 km
Przejechalem w 2018: 2775.42 km
Podroż dookoła świata (2018) 6.9386 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 34.1156 [%] km
Czas jazdy: 06:00:19 h
Czas Jazdy Suma (ever): 867:52:16 h
Czas Jazdy Suma (blog): 644:26:08 h
Czas Jazdy Suma (2018): 177:21:47 h
Czas Jazdy Suma (w tym msc): 11:23:34 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 03:47:51 h
Średni czas jazdy w tym roku: 02:38:50 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:32:14 h
Średnia: 16.75 km/h
Dzisiejsza trasa - zakończona sukcesem jest dla mnie ważnym zwycięstwem. Nie jest łatwa, ale jest ważna. Zacząłem trasę po godzinie 10. A wróciłem tuż przed godziną 18. Czas jazdy myślę, że nie jest najgorszy. Nie wiele brakowało aby zmieścił się w czasie poniżej 6h! A należy pamiętać, że w żadnym razie moim celem nie było jechanie na czas, przejmowanie się średnią itd.! Nie! To nie jest dla mnie ważne, nigdy nie było i nie będzie. Mam inne priorytety, których się trzymam. A jest nimi pokonanie trasy, a niekoniecznie wynik z jakim pokonuję tą trasę. Czy mam się czuć gorzej tylko dlatego, że zmieściłem się w czasie lekko ponad 6h?! To nie jest nawet 6h 1min! Tylko mniej niż 1min 6h. A nawet jakby czas był znacznie większy powiedzmy 6h 20min to co z tego?! Najważniejsze jest to, że się nie poddałem i dotrwałem. A naprawdę, miałem w trasie wiele różnych myśli. I przetrwać musiałem wiele trudów. Pierwsze myśli o tym, że może sobie dzisiaj dać spokój z jazdą (w końcu się tak fajnie jechało -.-), miałem już w okolicy wsi Łosośnicy, gdzie zbliżałem się dopiero do zrobienia 25 km! To był daleki początek trasy. Przede mną było wiele kamieni milowych, z którymi musiałem sobie poradzić. Gdy wyjeżdżałem nie myślałem o tym, że będzie ciężko - ja już wiedziałem, że lekko nie będzie. A sam pomysł robienia tych 100 km dzisiaj wydawał się nieco szalony! Wpadłem na ten pomysł podczas mojej ostatniej jazdy z tego tygodnia - The Lost. Rozważałem co prawda inne scenariusze ale dobra! Ja po prostu potrzebuję tego zwycięstwa i to było moją motywacją aby pojechać. Chciałem wyjechać nieco szybciej po godzinie 9. Ale to się niestety nie udało. Mam wiele problemów i zmartwień w życiu. A dochodzą niestety kolejne, mam problem z ładowaniem telefonu. Gniazdo ładowania coś nie łączy i wtedy ładowanie się buguje. Telefon wydaje irytujące i wkurwiające mnie dźwięki i zamiast się ładować to się rozładowuje. Rano ładowałem telefon. Miałem naładowane 39%. Na jakiś czas nie zaglądałem do telefonu a on się rozładował do 0%. Uratowało mnie tylko podładowanie do 5% z powerbanku, a potem ładowałem do nie całych 30% przez ładowarkę. Nie chciało mi się już dłużej z tym bawić. Zabrałem się z domu i ruszyłem w trasę. Dzisiaj czekał mnie słoneczny dzień, bardzo ciepły. Praktycznie bezchmurne niebo i tak do godzin po południowych. W okolicy godziny 15, pogoda zaczęła się zmieniać. Pojawił się chłodny powiew wiatru. Coraz częściej się niebo chmurzyło, coś się święciło. Takie syndromy zauważyłem zbliżając się do wsi Unibórz, gdzie miałem naprawdę solidne postawy do tego aby nie skręcić do wsi Unibórz i pojechać prostą drogą (DW108) do domu, wrócić znacznie szybciej, poddać się. Na szczęście tak nie postąpiłem. Wytrwałem każdą próbę z jaką przyszło mi się dzisiaj mierzyć. Moim jedynym pocieszeniem była pogoda, i wiara, która mnie prowadziła. Ruszyłem spokojnie w trasę po wspominanej dzisiaj kilkukrotnie godzinie 10. Starałem się jechać spokojnie. Nie tracić sił. Przejechałem przez rodzinną mieścinę i skręciłem w stronę Gdańska (DK6), dojechałem tak do Słudwii. Po drodze, mijało mnie wiele samochodów - w tym wiele ciężarówek. Tydzień trwa w najlepsze, ruch na drogach - niebezpiecznie długi. Wkrótce jednak zrobiło się spokojniej gdy mijałem Dobiesław, i wyjeżdżałem na drodze DW152 w miejscowości Czarne, skąd udałem się do Reska. Spokojnie dojechałem do Reska, jeszcze nie było problemów z jazdą. Problemy z rowerem? Na razie umiarkowane. Byłem w końcu wypoczęty i gotowy do jazdy. Nic nie zaburzało mi dobrej kondycji. W Resku zmierzyłem się z pierwszą próbą, stromego podjazdu przy fabryce IKEI. Podjąłem tą próbę i ją przetrwałem. Wkrótce minąłem wieś Smólsko. I kilka kilometrów za nią, po zrobieniu 18 km przystanąłem na pierwszą przerwę. Wkrótce ruszyłem dalej. Ale już tak wesoło nie było. Zmęczenie przez męczącą postawę roweru (który pewnie specjalnie tak robi aby mi się ciężko jechało -.-), szybko dało o sobie znać. Pojawiły się bardzo niepokojące myśli i rozważania czy w Łosośnicy nie odbić na Wyszogórę? Trasa wyszłaby mi wtedy 40 km. Tyle co będę miał dojeżdżając do Nowogardu. Nie! Nie mogłem przecież tak zrobić. Chodź to radykalne, ciężkie - pojechałem dalej. Wkrótce przez Kulicami, straciłem ostatnią szansę ominięcia dojazdu do Nowogardu i zawrócenia. Wystarczyło we wsi Jarchlino, skręcić do Żabówka z którego wyjechałbym w Żabówku! Tak jednak nie zrobiłem, pojechałem dalej. Tuż przed Kulicami zostałem zaczepiony przez innego rowerzystę, który zagaił rozmowę ;) Taki bardzo wygadany facet, z wyglądu nie wiele starczy niż ja. To tam chwilę dłuższą z nim postałem. Okazało się, że dzisiaj mierzy się z dłuższą trasą (120 km). I ma w tej chwili do pokonania mniej więcej tyle co ja jeszcze (66 km). Te spotkanie już ostatecznie dało mi powód aby walczyć i się nie poddawać! I tak wkrótce dojechałem do Nowogardu. Coś się w rowerze moim cały czas blokuje przez co jedzie mi się ciężko. Wiele sił tracę. I tak przemierzałem Nowogard, aby wkrótce wyjechać za Nowogard w stronę wsi Karsk. Wkrótce także minąć Karsk. Znaleźć się na dobrze znanych mi drogach, które dostarczały mi wiele okazji do poddania się! Tak jednak nie zrobiłem. Wytrwałem, chodź przyznam, że pesymistycznie patrzyłem na ilość kilometrów jakie miałem do pokonania - z chwilą wyjazdu z Nowogardu ok. 55 km. Na wyjeździe z Nowogardu natrafiłem na trwające prace drogowe. Buduje się tutaj chodnik - i z jakiegoś powodu budowa chodnika, spowodowała wprowadzenie ruchu wahadłowego -.- Chodnik między wsią Warnkowo a Nowogardem na ul. Kościuszki. Widziałem już te prace, na trasie: Nowogard. Czyli parę dni temu. Nie sądziłem, że te prace jeszcze trwają. Ile może trwać zrobienie ok. 3 km chodnika?! A jak widać może trwać długo. Minąłem wkrótce te obrazki, poruszając się drogą DW106. Toczyła się moja wewnętrzna walka z decyzjami, siłami i możliwościami. Na ostateczne decyzje miałem coraz mniej czasu, wkrótce minąłem wieś Błotno, wkrótce zjechałem z drogi DW106 na DW108. Jednak postanowienie aby się nie poddawać wciąż żyło. Wciąż ustawiałem kolejne kamienie milowe mojej trasy. Pocieszeniem było sprawdzanie ilości zrobionych kilometrów, idących w parze z czasem jazdy. Na DW108 miałem już 58 km. Zgodnie z planem trasy zjechałem we wsi Unibórz na samą wieś, by przejechać przez Ościęcin i Jasiel. A to wszystko po to aby dojechać do Kołomącia. Aby tam ujrzeć, że zrobiłem już 68 km. I jestem o kolejne 10 km bliższy celu! Przede mną już tylko 32 km. Wkrótce będzie mniej niż 30 km itd. Tak się pocieszałem po drodze. Zbliżając się do Kołomącia jak za każdym razem gdy tu jestem myślę o tajemniczej wsi Zagórcze, do której tutaj droga prowadzi. I pomyśleć, że jeszcze nigdy nie miałem okazji pojechać do tej wsi! Nie mniej teraz myślę, że najbliższą okazję na pewno wykorzystam. W końcu myślę o odwiedzeniu tej wsi jeszcze od 2015 r.! A do tej pory na ten gest się nie zdecydowałem. No nic, przed Zagórcze jest budka autobusowa. Jednak odpoczynku tutaj dłuższego nie zrobiłem. Sama budka to śmietnik, zarzygane, zaszczane. Brudne. A na domiar złego, są tam gniazda różnych pasiastych owadów. Więc przerwy nie miałem :( Takową zrobiłem sobie dopiero we wsi Jabłonowo. Wsi, która nieustannie się rozwija poprzez powstawanie kolejnych zabudowań. Jeżeli nic się w tym zakresie nie zmieni, wciągu kilku lat wieś połączy się z Gryficami. Gryficami, które wkrótce mijałem. Tutaj pożegnałem się z jedną z ostatnich szans, szybszego i krótszego powrotu do domu. Bo mogłem pojechać drogą DW109. Tylko co by mi to dało? A jak nie tą drogą, to mogłem pojechać na Łopianów i przed Łopianowem odbić na Kocierz. Ale nie! Nie, nie! Postanowienie to postanowienie. A zresztą już dużo kilometrów nie zostało do zrobienia. Mijając Gryfice miałem już prawie 80 km. Wkrótce miałem wymarzone 80 km. Parę kilometrów po liczbie 80, w dziwny sposób zaczęło mi się jechać lżej, i przyjemniej. Przy tej okazji jechałem nieco szybciej (prędkościami zbliżonymi do 20 km/h, czasem ponad 20 km/h). Dobra passa nie opuściła mnie wraz z dojazdem do wsi Modlimowo. Ostatniego kamienia milowego mojej pracy. Znajdując się tutaj już nie mam innego wyjścia jak wrócić o własnych siłach. Nie mam też za bardzo jak kombinować ze skróceniem trasy. Pozostaje mi wjechać na drogę DK6, wzdłuż której do skrzyżowania na Kocierz trwają prace związane z budową drogi S6, i niepotrzebnych obwodnic, i innych dziwnych rzeczy. A skoro nie miałem wyjścia to po małym odpoczynku ruszyłem! Jechało mi się już tak dobrze, że jechałem zazwyczaj z prędkością >20 km/h! Miejscami nawet >30km/h! I tak szczęśliwie dojechałem w okolicę Słudwii. Postanowiłem dzisiaj zrobić w pełni oryginalną trasę "100 km", więc skręciłem na wieś Słudwia, przejechałem obok zakładu karnego i dopiero przy Orliku w Płotach, wróciłem na główną drogę. Wkrótce przejechałem przez całe miasto, tylko po to aby przed końcem trasy ujrzeć upragniony wynik 100,0 km, który na samym samym końcu trasy zamienił się w wynik 100,5 km. Trasa dobiegła końca i co ciekawe - nie jestem zmęczony, nic mi nie jest. Chodź było to dla mnie wyzwanie, nie poddałem się i czuję, że mógłbym jeszcze więcej kilometrów zrobić. Na pewno zrobiłbym te kilometry milej i chętniej gdyby nie psuł mi się rower. Ale tak jak wspominałem, prawdopodobnie przyczyna tkwi w zużytych częściach - na dniach postaram się ten problem rozwiązać, i postaram się aby slogan: im back, nie był tylko pustym sloganem bez pokrycia! Moje ewentualne przyszłe osiągnięcia, liczone od dzisiejszego dnia, będę dedykował dzisiejszej trasie. Trasie w której po przejechaniu dokładnie 23 km (bo jeszcze przed Łosośnicą) chciałem w Łosośnicy zawrócić - chciałem się poddać. W trasie, w której wiele razy chciałem się poddać, w której jechało mi się ciężko i źle do 80 paru kilometrów. A potem, wszystko się odmieniło. To dość ciekawe zjawisko bo raczej powinno być odwrotnie. Zmęczenie powinno się pojawić po przejechaniu iluś kilometrów i utrzymywać się do końca trasy aniżeli odpuszczać po przejechaniu iluś tam kilometrów.
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)