Dzisiejsza trasa, jest kolejną trasą "50-tką", miała być już ostatnią. Z wielkim finałem (podwójna trasa "50-tka"), tylko warunki pogodowe, sprawiły tak, że dzisiaj nie byłoby na to szans. Pogoda jest po prostu paskudna. Wieje, zimno, i jeszcze raz wieje. Nigdy nie miałem tak ciężkiej trasy "50-tki" jak dzisiaj. A spodziewałem się, że skoro mamy już koniec Czerwca w zasadzie, to dni będą długie, będzie ciepło. Ale nie! Myliłem się. Już samo zrobienie samej trasy "50-tki" dzisiaj było dla mnie sporym wyzwaniem. Gdyby nie to, że co tydzień robię trasy "50-tki", i zależy mi jednak na regularności jeżdżenia. To bym pewnie odpuścił sobie dzisiaj jeżdżenie. Ewentualnie nie stawiałbym na coś tak długiego jak 50 km! Bardzo niechętnie, z wielkim oporem wybrałem się na trasę w porannych godzinach. Po prostu widziałem co się dzieje za oknem i nie zachęcało mnie to do aktywności fizycznej. Czuję się jak późną jesienią. Nie brałem czapki tylko opaskę na uszy, długą polarową koszulkę - którą biorę na zimę / jesień -.- I tak wyjechałem. Na taką pogodę, takie warunki jak dzisiaj nie ma innej rady aby przetrwać, innej rady niż: JECHAĆ, JECHAĆ nie zatrzymywać się i JECHAĆ! Już po kilku kilometrach gdy mijałem Sowno miałem dość tej trasy, myślałem a może zawrócić? Pierdolić to?! Na szczęście się nie poddałem i pognałem dalej, minąłem już całe Sowno, Mechowo. Miejscami się przejaśniało. Tylko to takie fałszywe działania od strony pogody. Pokażą tutaj, że ooo jest ładnie, słonecznie. A w rzeczywistości jest tak zimno, tak wieje :/ To ma być lato?! Naprawdę ciężkie warunki do jechania ;) Nie rozumiem kto mógłby popierać taką pogodę czy być z niej zadowolony? Zwykle było szaro, cały czas wietrznie i co najgorsze chłodno. Niby było ileś tam dużo stopni na +. Ale odczuwalna temp. była znacznie niższa. To utrudniało jazdę. Nie było łatwo, walka z myślami, i z dobrze znanymi terenami. Odliczałem sobie tylko jeszcze - ile jeszcze, ile jeszcze mi zostało. Kilometr po kilometrze. Pierwszy kamień milowy minął na wysokości wsi Truskolas, gdzie odbiłem na wieś Wierzchy. Myślałem o tym czy się zatrzymać, zrobić przerwę! Ale nie! Mimo, że było ciężko się nie poddawałem, i jechałem dalej. Przedłużałem co chwila miejsce gdzie chciałbym się zatrzymać. Najpierw miało to być przed wsią Wierzchy, potem za wsią Wierzchy. Zaś potem za skrzyżowaniem na Grabin. Potem, że za wsią Glicko. Minąłem jednak Glicko, wkrótce minąłem Sikorki. I żal było mi się zatrzymywać. Stanąłem dopiero za Grabinem, nie daleko zjazdu na drogę DW106. Zrobiłem 25 km bez zatrzymywania się. Nie jest to może mój życiowy rekord, ale więcej nie dałbym rady zważywszy na to, że padała mi już bateria w kamerce i tak musiałbym stanąć aby wymienić akumulatorek.
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1 * Poprawka licznika z powodu bugów 2018 r. Wartość jak na zdjęcu licznika.
ID wpisu: 247
Trasa nr [łączna]: 331
Trasa nr [na blogu]: 245
W tym tygodniu: 2
W tym miesiacu: 9
W tym roku: 60
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 327 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 241 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 4 dni
Stan Licznika Poczatkowy: 5923.05 km
Stan Licznika Końcowy: 5972.16 km
Stan Licznika Końcowy2*: 5916.86 km
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 5670 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 5719 km
Maksymalna prędkość: 32.5 km/h
Przejechałem: 49.11 km
Przejechałem [msc]: 546.88 km
Przebieg roweru [rok]: 2419.01 km
Przebieg roweru [suma]: 13289.82 km
Przejechalem w 2018: 2419.01 km
Podroż dookoła świata (2018) 6.0475 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 33.2245 [%] km
Czas jazdy: 02:43:35 h
Czas Jazdy Suma (ever): 844:57:08 h
Czas Jazdy Suma (blog): 621:31:00 h
Czas Jazdy Suma (2018): 154:26:39 h
Czas Jazdy Suma (w tym msc): 33:01:54 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 03:40:13 h
Średni czas jazdy w tym roku: 02:34:27 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:30:59 h
Średnia: 18.08 km/h
Zrobiłem sobie więc długą przerwę za wsią Grabin. W moich myślach pojawiła się szalona myśl! A co jeżeli zrobiłbym tylko jedną przerwę na tej trasie, a pozostały kawałek drogi pokonałbym bez zatrzymywania się?! ;) Szalony pomysł, do którego podchodziłem z dystansem. Nie wiedziałem, że to będzie możliwe. No może chcieć to bym chciał, ale to jednak ciężka próba dla mnie, bo zwykle robię przerwy znacznie częściej, niż po 25 km odcinkach, co jakby nie patrzeć oznacza ok. 1.5 h jazdy mną stop, bez zsiadania z siodełka. Do próby trzeba było się jednak przygotować. Odpowiednio się napoiłem, napchałem w siebie wiele dropsów z Mentosów owocowych, i ruszyłem! Wjechałem już na drogę DW106, zmierzałem w stronę Golczewa po to aby wkrótce zjechać na drogę DW108 - gdzie normalnie chciałbym się znów zatrzymać! Ale nie dziś! Dziś pojechałem dalej, po to aby natrafić na pogorszenie się pogody -.- Z lekka padać zaczęło gdy zacząłem się zbliżać do Uniborza. Gdy już byłem w Uniborzu już nieźle padało. Nie trzeba było długo czekać na to aby być cały mokry. A to dopiero początek! Mijając Unibórz zamiast się pogoda polepszyć to bardziej się rozpadała! A ja nie mogłem się zatrzymać (tzn. mogłem ale nie chciałem), trzymało mnie postanowienie. Zaryzykowałem więc to, że zaleje mi główny licznik rowerowy (Thorn), który nie jest już wodoodporny i może się bateria w nim ugotować : I stracę statystyki. A na tym liczniku mam już prawie 6000 km nabite! Byłoby mi szkoda tej pięknej liczby. Mus to jednak mus, nie podobało mi się to, ale się nie stanąłem, nie zabezpieczyłem licznika. Liczyłem tylko na to, że zaraz przestanie padać. Szczęściu trzeba jednak pomóc, gdy już zaczęło na dobre padać, gdy mijałem Unibórz przyspieszyłem. Jechałem znacznie szybciej niż wcześniej - gnałem ponad 20-25km/h. Czasem nawet więcej niż 25 km/h. Musiałem uważać na dziury, nierówną drogę. Jak trochę popadało to widać idealnie jak ta droga wygląda. W za dobrym stanie nie jest! Gdy już zbliżałem się do Mechowa, przestało padać. Pozostał chłodny wiatr, zaparowany licznik główny Thorn, który odciął mnie od części danych. Rozładowująca się bateria w kamerce. Cały czas miałem na podglądzie jej stan. Przestało już padać, ale jednak nie stawałem. Starałem się także nie schodzić z prędkości < 20 km/h. Nie zostało mi już dużo do przejechania i to mnie jakoś trzymało na duchu. Wkrótce się udało, wkrótce dojechałem. Nie było się bez ran wojennych i kilu otarć, przy nogach ;] To pewnie przez te deszcze, przemokło mi w końcu wszystko co na sobie miałem, cały rower też przemókł. Szczęśliwie jednak dojechałem. Szczęśliwie wystarczyła mi bateria w kamerce do samego końca. I zrobiłem taką moją specjalną trasę 50-tkę, bez robienia przerw. To taka mała rekompensata za to, że dzisiaj miałem robić finał i zrobić 100 km w sumie (dwie trasy 50-tki) - co samo w sobie jest trudne do wykonania, a jeszcze ta cholerna pogoda. W niczym nie pomaga tylko utrudnia. Ostatecznie jak to zwykle bywa po trasach 50-tkach, cieszę się, że pojechałem mimo trudności i pogody. Coraz bardziej mi jednak szkoda tego projektu tras 50-tek. To jest jednak jakaś niezmienna stała w moich treningach, niezależnie od tego jak się czuję, jaki miałem dzień, jak bardzo jest w życiu chujowo (czy jak bywało, gdy jeszcze zmagałem się ze zbyt dużą liczbą matematyki wyższej, zagadnień matematyki wyższej), na II semestrze studiów MGR. Niezależnie od wszystkiego - wsiadam i jadę, i muszę zrobić tą trasę. Niezależnie od tego jak bardzo mi się nie chce, jak jestem zmęczony. Czy to mi coś da do myślenia w zbliżających się wakacyjnych tygodniach? ;) Przekonam się o tym, tak samo jak Wy czytelnicy - gdy już nastąpią kolejne dni, kolejne tygodnie i historia odsłoni przede mną karty przeznaczenia czekającej mnie historii :)
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)