Trasa z dnia dzisiejszego to taka wcale nie długa przejeżdża na pograniczu Polski a Niemiec. W sumie dałoby radę zrobić tą trasę tylko po Polsce ale byłoby dalej i mniej wygodnie. A nie miałem w sumie na to tyle czasu. Tak wszystko na wariata robione. Jeszcze dzień w szkole jakbym miał mało atrakcji. W szkole trzeba było ogarnąć bieżące raporty aby nie pozostawały do napisania na przyszły tydzień.. A po szkole jeszcze chwila załatwienia spraw. I w zasadzie biegiem na Szczecin. A szybko wychodzi ten pośpiech. A to telefonu nie wziąłem -.- A to się okazuje, że wody już nie mam. A to akurat wiem.. Swoją drogą coraz droższe wszystko. A jeszcze nie ma kolejnych podatków i absurdów.. Ani paliwo jeszcze nie jest powyżej 8 zł.. Na razie jest za 7,89 zł. Ale i tak widać wzrost cen wszystkich produktów. Brałem tradycyjnie zgrzewkę wody Żywiec Zdrój. Już jakiś czas temu się na nią przeniosłem. To wszystko przez pierdoloną Unię. Po wielu latach musiałem zrezygnować z wody Bystry Zdrój. Ze względu na te pierdolone nakrętki, które ekologicznie stały się tak chujowe, że miałem problem z odkręcaniem tych butelek. I dobra.. Owszem Żywiec Zdrój był zawsze droższy ale teraz przeginają.. Zgrzewka (6 butelek) Żywiec Zdrój Mocny Gaz kosztuje już 20.20 zł! To jest kurwa przegięcie.. W sezonie letnim idzie mi nawet więcej niż zgrzewka tygodniowo.. Woda - droższa albo w porównywalnej cenie do jebanych papierosów!? Do czego to doszło.. No absurd. Zresztą cenowy absurd to jedno. Drugie, że po prostu chodziłem dzisiaj wkurwiony. Już musiałem się przejechać. Bo byłem taki nerwowy cały czas.. Na wszytko co się dzieje. Włącznie w tej pierdolonej szkole. Wczoraj wróciła dyrekcja z wczasów i już się rządzą. Wymyślają bzdury. A ja niby kiedy mam realizować te wszystkie wymysły?! Też chcę iść na urlop. Czekam na pogodę. Zgodnie z planem urlopowym już bym poszedł ale sobie przesunąłem urlop na początek sierpnia. Myślę, że będzie to lepsze. Pogoda korzystniejsza. I w sumie wziąłem 15 dni ale chyba faktycznie zmienię na 14. Bo w okresie mojego wolnego będzie jeszcze wolne za 15.08 - które jest ustanowione na 14.08. A ja sobie wypisałem urlop w tym roku od: 03.08 do 24.08 włącznie. I nie wiem właśnie nie wiem teraz czy dobrze zrobiłem. Bo niby uwzględniłem sobie dzień wolny. I chyba skrócę to sobie do 21.08. Będzie rozsądniej. Na ostatnie dni i tak będzie co robić i tak. A tyle wolnego i tak mi starczy. Zawsze będę mógł sobie jakieś pojedyncze dni wziąć.. Nie licząc wolnego na święta, co tradycyjnie robię.. No i tak - nieprzemyślane i złe zmiany jakie próbuje wprowadzić dyrekcja tylko mnie wkurwiają. Ostatnie 2 dni były dość intensywne. A ja już czuję się przemęczony. I w sumie nie chcę jechać na ten Szczecin.. Już się najeździłem w tym tygodniu - robiąc dwie ogromne trasy do Neu Grambow. W środę (22.07) przez Stargard. A w czwartek (23.07) przez Kamień Pomorski. Jeszcze dłuższy i cięższy wariant.. Późne powroty. I po prostu za dużo się dzieje jak dla mnie. I jestem już teraz przemęczony. A jeszcze matka naciska na weekend na ten jebany Szczecin. Już wolałem dziś niż tracić sobotę na to. A najchętniej bym nie jechał w ogóle. Ile można... Wszystko opiera się o to, że po prostu bez roweru mi tak źle. Zgodnie z planem miałem jechać w czwartek (23.07) ale wróciłem przed 23 do domu po całym ciężkim dniu. I byłem po prostu zmarnowany. Dziś od rana też byłem zmarnowany.. No ale powiem tak.. Wyjazd z 23.07 był ważny! To kontynuacja wydarzeń z 22.07 gdy niespodziewanie na tym urbeksie natrafiłem na kota (wtedy nie wiedziałem, że to mały kotek dopiero). Z perspektywy głębokiej rury wydawał się być dorosłym.. Urbeksowy wyjazd zamienił się na akcję ratunkową. I spinę z niemieckimi służbami, które uniemożliwiły akcję ratunkową w dniu 22.07. Byłem pewny, że zgłoszenie na straż pożarną wystarczy... Że straż przyjedzie. Wytnie rurę. I uwolni uwięzionego kota. A tym czasem niemiecka milicja i straż pożarna byli gotowi pozwolić na to aby ten kot umierał śmiercią głodową... Niż mieliby podjąć jakiekolwiek działania! Byłem sceptyczny czy to dobry pomysł. Czy teren nie jest już pilnowany ani ogrodzony... No ale po cynku, że wszystko jest ok. I namowach koleżanki KZ.. Pojechałem z nią na te Niemcy. Zaraz po szkole.. Jestem jeszcze bardziej wykończony. Tym wszystkim po prostu. Dzisiaj bym potrzebował chwili spokoju. Przejechać się na spokojnie z Aurelią. Nie kombinować.. Nie cudować.. Jeszcze na początku tygodnia na dzisiejszy piątek miałem inne plany. No ale niestety nie wyszło. Bo plany planami a życie pisze swoje scenariusze. Także faktycznie szykując się na wyjazd na Szczecin może nie potrzebnie zaangażowałem w temat kolegę GŻ. Realizując prywatny projekt: "URBEKS" w odmętach pamięci natrafiłem na lipcowy wyjazd.. do Nowego Czarnowa: Szczecin - Nowe Czarnowo
. I tak zachciało mi się jeszcze raz tam jechać. Zwiedzić ten psychiatryk. A może tam zostać?... To chyba już nieuniknione w moim przypadku. Prędzej czy później skończę "u czubków".. Oczywiście wyjazd urbeksowo się nie udał. Sam w sobie się udał. No ale miałem nerwowy dzień. Chodzę już jak taki ćpun który już dawno nie dostał swojego przydziału narkotyku. Tak mam jak dłużej nie jeżdżę. A w lipcu 2026 r. się wyjątkowo mocno (na nowo) wkręciłem w rowerowanie.. I teraz takie są tego skutki. Po prostu tydzień poszedł w nieodpowiednią stronę.. Nie spodziewana akcja z ratowaniem kota: Ratowanie kota w Neu Grambow - wpis na Facebooku.. Oczywiście z kotem to dobrze, że pojechałem.. No ale w piątek na ten Szczecin już nie miałem ochoty. A jeszcze bez roweru!? Z pretensjami w domu, że wciąż pracuję. Bo jakby nie praca to też byłoby inaczej. Bo bym sobie z rana zrobił na spokojnie trasę. I pojechałoby się bez zbędnych nerwów. Po rowerze (a nawet w trakcie) i tak byłem już nieco spokojniejszy.. Wszelkie znaki wskazują po prostu na to, że jestem bardzo mocno uzależniony od roweru..
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1 * Poprawka licznika z powodu bugów 2026 r. Wartość jak na zdjęcu licznika.
ID wpisu: 1833
Trasa nr [łączna]: 1909
Trasa nr [na blogu]: 1823
W tym tygodniu: 3
W tym miesiacu: 13
W tym roku: 104
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 1894 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 1808 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 15 dni
Stan Licznika Poczatkowy: 32654.7 km
Stan Licznika Końcowy: 32700.5 km
Stan Licznika Końcowy2*: 32501.15 km
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 11017 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 11063 km
Maksymalna prędkość: 35.6 km/h
Przejechałem: 45.8 km
Przejechałem [msc]: 463.63 km
Przebieg roweru [rok]: 2841.29 km
Przebieg roweru [suma]: 69468.25 km
Przejechalem w 2026: 2841.29 km
Podroż dookoła świata (2026) 7.1032 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 173.6706 [%] km
Czas jazdy: 02:34:28 h
Czas Jazdy Suma (ever): 4430:44:33 h
Czas Jazdy Suma (blog): 4207:18:25 h
Czas Jazdy Suma (2026): 182:56:47 h
Czas Jazdy Suma (w tym msc): 29:47:32 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 02:17:30 h
Średni czas jazdy w tym roku: 01:45:33 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:17:43 h
Średnia: 17.84 km/h
Dzisiejsza trasa udowadnia pewne moje stwierdzenie, że rowerek najlepszy na wszystko! Nie będę się już powtarzał z obszernym tłem trasy przedstawionym w pierwszym akapicie wpisu. Po prostu przerwa od roweru: 2 dni. I dość intensywny tydzień z częstymi późnymi powrotami.. I niestety szkodliwy powrót dyrekcji do szkoły... Jakoś psuje mi ten czas. Od rana byłem taki nakręcony. A jak jeszcze przyszła dyrekcja i zaczęli swoje wymyślać. Odrywać mnie od ważniejszej pracy.. Nad swoim projektem: URBEKSU nad którym siedzę już parę dni a końca nie widać.. Tam jeszcze sporo jest do siedzenia. Łącząc ten fakt a także to, że w dotychczasowe wakacje nic mi się nie udało osiągnąć.. No rośnie presja na sukcesy. Tym bardziej, że to już połowa wakacji. Ucieka ten czas nie wiadomo kiedy.. I coraz mniej jestem wstanie osiągnąć.. Względem dawno minionych lat, gdy osiągałem (tak myślę) znacznie więcej. No ale wtedy nie rozpraszała mnie przede wszystkim praca. Miałem lepsze warunki w domu do działania. Teraz takich warunków nie mam. A to skłania mnie do tego aby znaleźć coś na wynajem. Iść na swoje i mieć spokój. To powinno pozwolić mi odżyć. A aktualnie - zbyt aktywne dni - często robione po to aby nie siedzieć w domu - w dłuższej perspektywie mi nie służą. No i przebywanie z debilami (szkoła) również nie pomaga. Także będąc mocno nakręconym, zdenerwowanym pojechałem dzisiaj na Szczecin. Dzisiaj były jakieś pierdolone targi.. Na które matka chciała jechać. No ale nim na nie pojechaliśmy - to oczywiście dzisiaj! Bo kiedy... Trzeba było jechać po garnki. Do cholernej galerii na osiedlu Słonecznym w Szczecinie. Samo wbicie się w miasto i przejechanie miasta doprowadzało mnie do dodatkowego wkurwienia. Bo co z tego, że są wakacje!? I tak tych zjebów jest sporo na drogach. A mnie się trochę spieszy. A to wszystko się opóźnia. Ostatecznie mimo zwątpienia nie zrezygnowałem z planu zabrania GŻ z pod jego kamienicy i pojechania z nim do Kołbaskowa. Z Kołbaskowa przez Mescherin pojechaliśmy do Gryfina. Zaś z Gryfina do Nowego Czarnowa to już rzut beretem był. Tylko wszystko opierało się o czas. A jeszcze trzeba było zajechać coś zjeść.. No każde 5 min doprowadzało mnie do kurwicy tak naprawdę. Każdy stracony czas. Bo w moim wyobrażeniu były najgorsze scenariusze, że nie zdążę się przejechać, że niedojeżdżę się. No i w sumie tak było. Czuję niedosyt.. Mógłbym i potrzebowałem więcej ale nawet te zrobione km już mnie uspokoiły. W sumie nawet dojazd do Gryfina mnie uspokoił. W ten niespokojny aczkolwiek dość ciepły dzień. Dzisiaj temp. w Szczecinie i okolicy nieznacznie przekraczała 23℃. A na wieczór trwała na stabilnym poziomie 21℃. Tylko silny wiatr przeszkadzał.. No ale dobra. Udało się załatwić zakupy z matką. Odwiozłem ją pod Zamek Książąt Pomorskich. Dokładnie wysiadała przed Placem Żołnierza Polskiego - bo zamek jest po drugiej stronie ulicy. A ja zmierzałem przez Plac Grunwaldzki na ul. Felczaka. Po towarzysza dzisiejszych zmagań GŻ. Gdy go w końcu zgarnąłem pojechałem do Kołbaskowa. Problemem było wydostać się z centrum miasta. Wciąż trwały po południowe godziny szczytów. Do tego jest spory ruch wakacyjny (głównie w kierunku morza).. Jednak to nie było dla mnie problemem ostatecznie.. Bo wracałem już po godzinie 21 ze Szczecina. I ruch zdążył się uspokoić. No w sumie ja też.. Ale nim to nastąpiło.. To trzeba było dojechać do Kołbaskowa. Tam się spakowałem. Wziąłem 2x 1.5L wody (sam nie wiem po co) - chyba po to aby mieć ciężej.. Bo mam kurwa za łatwo w życiu.. (to sarkazm jakby ktoś nie załapał). I wziąłem z sobą 2 aparaty - mojego wiernego Sony DSC HX350 i Nikona Z FC (szkolnego). Niestety wciąż z kitowym obiektywem NIKKOR Z 28 mm. Miałem kupić sobie lepszy obiektyw - ale na razie zrobiłem inną inwestycję - z której jeszcze nie zdążyłem skorzystać (inwestycję w 28 TB dyski Seagate USB). To będą dyski na moje filmy rowerowe. A gdy już tematy poboczne mam za sobą.. To po dużym opóźnieniu w końcu ruszamy! Ruszamy na Niemcy przez granicę w Rosówku. Pilnowaną przez niemiecką milicję. Po tej akcji z kotem w Neu Grambow to aż bym na nazistowskie świnie w mundurach splunął. I jedziemy.. Do wspominanego już Mescherin. Malowniczą drogą, wśród pięknych złocistych pól. A z Mescherin to zaraz Gryfino. W Gryfinie wstąpiliśmy na pizzę. W sumie w domu nie zdążyłem się wzmocnić na trasę :-) Co to jest na szybko zjedzony talerz zupy pomidorowej. Szybko przeleci i tyle. Ta pizza wzmocniła mnie bardziej. I była moim ostatnim posiłkiem w dniu dzisiejszym - niby zdrowo.. Wcześniejsza kolacja niby zdrowa. Jadąc z Gryfina zwróciłem uwagę na pojedyncze budynki - zdaje się, że wyglądające na opuszczone. Niektóre na pewno takimi są - bo.. Jest zaproszenie: "wstęp wzbroniony, budynek grozi zawaleniem" itd. No jakieś groźne te budynki - tylko się odgrażają. Może potrzeba negocjatora? ;) No i tak dojeżdżamy do celu podróży. Wpisałem w nawigację zły adres to źle mnie poprowadziło. Na jakieś osiedle domów jednorodzinnych i nie ma tu psychiatryka... Korzystając jednak z śladu trasy z 2020 r. Odnalazłem właściwą drogę. I dojechaliśmy. Ale tu niestety prawie nic się nie ostało. Zostały dosłownie 3 budynki - ale kompletnie zablokowane. Nie ma możliwości dojścia do nich. Myślę, że z czasem i te budynki staną się historią.. Tak samo jak wszystko inne. Nie ukrywam, że nieco się zawiodłem. Chciałem zwiedzić te miejsce jeszcze raz. A jedyne co mogę zrobić to zagrzebać w pamięci. W wspomnieniach. I jedynie tak wrócić do tych niewinnych chwil, które bezpowrotnie minęły wraz z przemijającym do tej pory życiem - w którym zdążyło się wydarzyć naprawdę wiele.. To w końcu 6 lat.. I cóż.. Czas wracać.. Droga powrotna bardzo podobna - też przez Mescherin na Rosówek. Tu miała być jakaś górka wg. GŻ. No ale nie wiem.. Jechałem i chyba mi umknęła :D Będę musiał jeszcze raz pojechać. Wraz z trasą wrócił mi humor (widać po żarcie) :-) Tak naprawdę już w Gryfinie (na pizzy) czułem się lepiej. Miałem przejechane nieco ponad 20 km i już czułem się lepiej. Droga powrotna była szybsza i krótsza.. Tak się złożyło :-) Jeszcze przed godziną 21 zdążyłem już spakować rowery.. Po godzinie 21 to już żegnałem się z GŻ i wybierałem w drogę powrotną. Z wysokości Starego Miasta. Okolicy Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie. Charakterystyczne miejsce na mapie miasta.. No i tak kończy się kolejna nie zapomniana przygoda. I kolejny wpis.. Pełny emocji. Tak samo jak dzisiejszy dzień..
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)