17.10.2020
Jazda nr: 694

Tagi: Niemcy, MK, zs, morze, zalew_szczecinski, zach_slonca, wiejskie_przygody |

Trasa z dnia dzisiejszego rozpoczyna moją wielką życiową próbę, na którą szykowałem się miesiącami. Wielokrotnie pisałem o zbliżającym się jubileuszowym X Rajdzie Dookoła Zalewu Szczecińskiego. Miał być organizowany przez Gryfusa już na wiosnę tego roku, jednak nadeszła plandemia.. Przesunięto termin właśnie na dzisiaj. Ale plandemia wróciła, bo cóż, jesień się zaczęła to trzeba kombinować na nowo. Wszystko wali kilkukrotnie mocniej niż wcześniej. To mnie jednak nie powstrzymało. Jedyne co mogłoby mnie powstrzymać to zamknięcie granicy.. Do tego jednak nie doszło! Cieszę się z tego pierwszego dnia, tego logistycznego problemu z poradzeniem sobie z tą trasą i przejechaniem jej! W końcu o tym X Rajdzie coraz częściej zacząłem wspominać od końca 2019 r. W sumie w ok. 30 wpisach wspominałem o tym rajdzie, który miał być coraz bliżej i bliżej i stawał się dla mnie coraz ważniejszym wyznacznikiem rowerowej kariery i kolejnych rekordów, które nie są rzadkie w tym roku! Mam zrobione po dzisiejszym dniu prawie 8k km. Jestem trochę zmęczony, pogoda dała się we znaki - co nie zmienia faktu, że trasa się w pełni udała. Mimo trwającej plandemii, i skurwysyństwa Gryfusa, o którym już wspominałem. To kurwy Gryfusowe wybrali tak daleki termin jak 17-18.10. W tym czasie sytuacja z COVIDEM zdążyła się na tyle zesrać, że wszystko jest odwołane. A jednak skurwysyny w swoim gronie sobie zorganizowali przejazd Zalewem w zeszłym tygodniu i byli na tyle bezczelni, że się chamsko chwalili w sieci tym.. Skurwysyny. Straciłem do nich całkowicie szacunek. Kto to widział aby tak późno organizować takie rajdy. A ja do ostatniej chwili wierzyłem, że się uda.. Dbałem o siebie, nie ryzykowałem jeżdżenia w deszczową, brzydką pogodę aby się nie zaziębić, nie stracić sił. Robiłem wszystko by być w formie.. I co.. Na końcu miałem zrezygnować, bo jest plandemia i nie wolno?! No nie! Nie udało mi się znaleźć nikogo kto by ze mną przejechał tą całą trasę. Jedynie dzisiaj w jej pewnej części pojechał ze mną kolega MK. I dopiero dzisiaj na trasie pomyślałem, że mogłem zaprosić Maniaka Rowerowego. On by pewnie ze mną pojechał.. :) I by było fajniej niż było.. Mimo, że już połowa Października za nami, to ta pogoda taka najtragiczniejsza to nie była.. Około +10℃ wciągu dnia. Tylko przelotne, czasem mocniejsze deszcze dawały się we znaki. Była jednak inna ważna okoliczność, która mocno mi dzisiaj pasowała.. Nie było praktycznie wcale wiatru ani po Polskiej stronie ani po Niemieckiej stronie trasy. I dobrze.. Bo dzisiejszy dzień jest ważny. To połowa tej trasy, znaczy nawet więcej niż połowa.. Ale to wyznacznik tego, że jutro może się udać zrobić pozostałe kilometry. I może szybciej ;) Planowałem wyruszać w drogę po godzinie 7 ale to się niezbyt udało. Z rana ciemno, mgła. Nim wstałem, nim się przygotowałem do wyjazdu i nim wyjechałem - oraz nim dojechałem do Szczecina.. To było już znacznie po godzinie 7. W zasadzie gdy ruszałem z okolic Dworca Szczecin Port Centralny - zbliżała się nieuchronnie godzina 8. Pierwsze kilometry po mieście - zaliczenie KFC i zrobienie zapasów żarcia na dzisiaj - i można ruszać. Pod KFC podjechał MK, i ruszyliśmy. Dłużący się odcinek wyjazdu z miasta, a potem już jakoś poszło. Tyle, że czas bardzo szybko mijał a miało to bardzo małe odzwierciedlenie na ilość przejechanych kilometrów. Coraz późniejsze godziny a zrobione jest bardzo mało. A do zrobienia bardzo dużo.. Nie spodziewałem się, że pójdzie mi to tak słabo czasowo.. Chociaż może się wydawać, że nie jest tak źle. To raczej kwestia jesienno-zimowej pory roku. I znowu nadarza się powód aby opierdalać Gryfusa, aby czepiać się Gryfusa bo to są jebane zjeby i skurwysyny. Wszystko to jest ich wina. Jakbym wiedział, że na kilka dni przed Rajdem ni z tego ni z owego odwołają go... To zrobiłbym go we Wrześniu - i może nawet jednego dnia. A tak cały czas musiałem mieć nadzieję, że wszystko będzie ok, że dam radę. I to mimo tego, że te jazdy wciągu roku, już nawet nie mówię ostatnich miesięcy tygodni czy dni wyglądały tak po prostu różnie. Raz lepiej, raz gorzej. A tak szczerze to najbardziej martwiłem się o dwa przypadki - o to, że będę miał rzekomo kontakt z kimś rzekomo zarażonym na tą rzekomą chorobę i trafię już nie na rzekomą kwarantannę.. Albo, że dopadnie mnie jakieś przeziębienie, a o to przecież w taką pogodę nie trudno.. I wszystko po prostu pójdzie się jebać. A już raz tak było.. Dlatego nie pojechałem na Zalew w 2019 r: Trasa "20-stka": docieranie opony. Na szczęście w tym roku chociaż pod tym względem mi się poszczęściło. Mimo jazdy pod znakiem "gwiazdą"?! - plandemii - z wieloma niepewnościami i obawami, czy dam radę, czy sobie poradzę - pojechałem. Chociaż ten jeden dzień zrobiłem. I mimo tego, że na koniec dnia, na koniec tej całej próby miałem zrobione prawie 150 km.. Jakoś tego nie odczułem. Minęło tak spokojnie.. Jakby to było nic.. Pozostaje jeszcze odpocząć dzisiaj i jutro walczyć z drugim dniem.. Dzisiaj najgorszą walką była jednak walka z czasem. Zbyt szybko robi się ciemno, tego dnia bardzo brakuje. Na domiar złego nie wziąłem oświetlenia.. I jechałem w ciemności po obczyźnie.. Wiele ryzykując.. I nie czując się pewnie i swobodnie.. Jakoś nie lubię jeździć po nocach...
brak

* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1
  • ID wpisu: 698

  • Trasa nr [łączna]: 780
  • Trasa nr [na blogu]: 694
  • W tym tygodniu: 3
  • W tym miesiacu: 10
  • W tym roku: 174

  • Trasy unikalne [dzień = trasa]: 771 dni [łączna]
  • Trasy unikalne [dzień = trasa]: 685 dni [na blogu]
  • Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 9 dni

  • Stan Licznika 2* Poczatkowy: 6337 km
  • Stan Licznika 2* Końcowy: 6485 km

  • Maksymalna prędkość: 35.2 km/h

  • Przejechałem: 148.32 km
  • Przejechałem [msc]: 482.86 km
  • Przebieg roweru [rok]: 7920.09 km
  • Przebieg roweru [suma]: 30485.82 km

  • Przejechalem w 2020: 7920.09 km
  • Podroż dookoła świata (2020) 19.8002 [%] km
  • Podroż dookoła świata (łączna) 76.2145 [%] km

  • Czas jazdy: 08:53:06 h
  • Czas Jazdy Suma (ever): 1922:56:51 h
  • Czas Jazdy Suma (blog): 1699:30:43 h
  • Czas Jazdy Suma (2020): 501:07:23 h
  • Czas Jazdy Suma (w tym msc): 30:20:30 h
  • Średni czas jazdy w miesiacu: 03:02:03 h
  • Średni czas jazdy w tym roku: 02:52:48 h
  • Średni czas jazdy do tej pory: 02:26:05 h

  • Średnia: 16.7 km/h
Dzisiejsza trasa zaczęła się wraz z rozpoczęciem się mojego dnia wczesnym porankiem, gdy za oknem było chłodno, ciemno, i mglisto. W nocy tak różnie mi się spało. Śniła mi się ta moja próba rowerowa, śnił mi się rower i jeżdżenie. Często się budziłem a te sny powracały wciąż na nowo.. Wiążę z trasą i dniem wiele niepewności, a także spore ryzyko. To będzie samotna wyprawa, ja będę praktycznie bez łączności ani Internetu ani Telefonu. Bo w tym pierdolonym Simplusie poza granicami kraju nic mi nie działa a te gnoje nie chcą powiedzieć czemu. Już to zgłaszałem do operatora Simplus gdy byłem na wyjeździe do Berlina z Gryfusami... Też piękna trasa, sporo się działo.. Na pewno wybrałbym się na nią ponownie, bo naprawdę warto.. I nie jest tak spora jak ta dzisiejsza - tylko 180 km rozbite na 2 dni, nawet z tymi jebniętymi Gryfusami to nie jest coś tragicznego i nie do przejechania.. Dać się da czego przykładem jest ten wpis. A mógł on powstać dzięki niezłomnej walce i wielkiemu poświęceniu, które doprowadziło mnie do miejsca w którym jestem obecnie - mam zrobione prawie 8k km w roku, i wciąż robię kolejne wyzwania.. Ale te jest już chyba ostatnie w tym roku. To już nie będzie kiedy wybrać się na coś aż tak długiego i raczej będę robił normalne trasy do 50 km.. Na co nie potrzeba dużych przygotowań i dużego nakładu czasu nie to co dzisiaj.. Dzień zacząłem od tych ostatnich przygotowań i wyjazdu. Spakować rower na samochód i w drogę na Szczecin, gdzie rozpakowałem rower, pozabierałem wszystko, włącznie z nowymi akumulatorkami.., których oczywiście nie naładowałem bo po co.. Myślałem, że są doładowane, skoro w kamerce pokazywało 100%. A tak nie było. Do tego doszedł problem, że obecnie używana ładowarka z jakiegoś powodu nie chce ładować mi niczego, a sztuczki z jej klejeniem się na nic zdają. Tylko dodatkowe powody aby się denerwować. A już i tak nie miałem łatwej trasy, i dobrego początku trasy.. Stresujący przejazd przez miasto, spotkałem dwa patrole milicji. No ale żaden nie zatrzymywał mnie, nic nie robili z powodu tego, że nie mam kagańca na mieście, na otwartej przestrzeni. Odcinek jazdy przez miasto (Szczecin) w porannych godzinach nieco mi się dłużył. W końcu się udało jednak wyjechać, jazda w znane mi strony, które prowadziły w stronę Ueckermünde - już kiedyś odwiedzana miejscowość: Szczecin - Ueckermünde. Sporo z tej trasy pamiętam, i sporo elementów się nie zmieniło bo jechaliśmy w ten sam sposób przez Tanowo i Dobieszczyn i właśnie pod Dobieszczynem a już chyba nawet za (DW115) - trafiłem na pewnego skurwysyna w samochodzie - czarny SUV na tablicach ZPL. Skurwysynowi mocno nie pasował widok rowerów jadących obok siebie, zajechał nam drogę, próbując staranować.. Skurwysynowi nie odpuszczę. Jeszcze dzisiaj ale to już po trasie - wysłałem nagranie z jego wyczynu na policję. Zwykle nie robię takich rzeczy, nie bawię się w donosicielstwo itd. No ale to jest wyjątkowa sytuacja, i wyjątkowy popis skurwysyństwa. Jeśli policja nic nie zrobi to sam typa dorwę.. Police nie są duże.. W końcu znajdę tego złoma i się gościem zajmę. To jeden taki incydent. Reszta dnia była spokojniejsza, najspokojniejsza była jazda po Niemieckiej stronie. Przynajmniej dopóty, dopóki nie zrobiło się ciemno.. Bo wtedy bez oświetlenia, już nie było tak fajnie. A tak to wszędzie DDR, opisane - zgubić się nie sposób. Przyjemnie się jedzie. I co najważniejsze i najlepsze w Niemczech nie trzeba mieć kagańców na ryju na ulicach. Nikt nie ma. I jakoś się spokojnie życie toczy. Szlaki tras też spokojnie mijały. Podziwiałem piękno Niemiec, i terenów położonych bezpośrednio nad Zalewem po Niemieckiej stronie.. Natura, koniki!! <333, i nieodłączne elementy jesienne. Tak wspominam tą piękną drogę, i mijanie kolejnych ważniejszych punktów na trasie - pierwszym było oczywiście Ueckermünde potem Anklam i Usedom. W zasadzie cała trasa opierała się na tych głównych miejscowościach. Reszta to dodatki. Droga do Anklam długa była, i miejscami różnie przebiegała - trochę lasami, trochę utwardzonymi drogami rowerowymi poza miejscowościami.. A trochę po wsiach.. I szutrowych dróg też się znalazło kilka. Zmiany pogody.. Deszcz chwycił mnie kilka razy.. Szybko jednak mijał, brak wiatru i dość wysoka temp. sprawiały, że szybko wysychałem i mogłem jechać dalej. Nieco moja sytuacja przynajmniej psychologiczna zmieniła się w Anklam, gdy miałem zrobione prawie 100 km. Do Świnoujścia nie całe 50, choć wtedy jeszcze nie zdawałem sobie z tego w taki sposób sprawy, bo obliczając trasę, liczyłem, że jest ok. 140 km do Świnoujścia. Tak na dobrą sprawę te 10 km, czy tam mniej nie grają takiej roli. Większą rolę gra czas. Czy to moja wina, że wyjeżdżając przed godziną 8 rano ze Szczecina, po godzinie 15 mam zrobione dopiero 100 km? Idzie mi to wolniej niż mogłem zakładać. No trudno. Nie mogę się spieszyć, denerwować. Spokojnie sobie jadę.. Podziwiam piękno natury, cieszę się dniem. Nie moja wina, że nie długo będzie ciemno. A czuję się taki stropowany na każdym kroku, i takie udawanie na każdym kroku jakim to jestem kurwa nieudacznikiem i w ogóle. A wszystko to przez to w jakim domu się wychowałem, żyłem czy właściwie dalej żyję. No kurwa straszna tragedia wracać z trasy gdzieś o godzinie 20 no może 21. Tak naprawdę planowałem powrócić dzisiaj nieco dalej bo aż po Międzyzdroje. No ale nie starczyło mi na to czasu.. Siły miałem. Miałbym po prostu łatwiej jutro - do przejechania mniej kilometrów. A tak szybko tracę wiarę w siebie, w swoje możliwości.. Jak mam się czuć w życiu szczęśliwy, spełniony skoro pochodzę z patologicznego środowiska, które tak mocno mnie dobija?! Żadnego wsparcia, tylko stropowanie na każdym kroku. Te dogadywanie, że na pewno nie dam rady, że nie dam rady czegoś zrobić - tj. np. przejechać tej trasy. To wszystko tak miesza się z poczuciem przeniesienia odpowiedzialności za te wydarzenia na tych skurwysynów z GRYFUSA. No do nikogo nie mam pretensji jak do nich. To oni wybrali termin rajdu na 17-18.10. To oni z tego terminu zrezygnowali. A ja nie potrafiłem mimo wszystko.. Nie miałem gdzie spać na miejscu. Bo bym się kurwa o nic nie prosił. No ale co to kurwa duża tragedia, przyjechać po mnie: MOIM SAMOCHODEM, gdzie ja ZATANKOWAŁEM za swoje?! No kurwa ludzie... To nie jest ani duże poświęcenie czasowe, ani jakiś problem. A to, że już ciemno czy o boże późna godzina 19, 20 to kurwa jakaś tragedia, późno nie wiadomo jak?! To nie dość, że mierzyłem się z trudami trasy, to jeszcze z taką sytuacją, która zajmowała mi sporo myśli na drodze od Anklam po Usedom. Zacząłem sobie nawet odmawiać czasu na przerwy.. Próbowałem cisnąć mocniej.. Najwyżej faktycznie, naprawdę nie dam rady jutro przejechać. Trudno. I tak jestem życiową ofermą, która niczego nie potrafi i z niczym sobie nie poradzi. Bo jak mam inaczej myśleć, skoro całe życie tak powtarzają mi pierwsze poznane w życiu osoby, i się z tym stwierdzeniem utożsamiam. Co z tego, że miesiącami trenowałem, jeździłem. Jak momentalnie to wszystko nie ma dla mnie takiego znaczenia, i już tak mocno mnie nie cieszy... Mimo chwilowych zawirowań.. Nie poddałem się. Jechałem dalej.. Czas mijał dalej. Już pod Usedom robiło się ciemno, żegnał mnie przepiękny zachód słońca na tle zalewu. Było coraz ciemniej. I jechało mi się coraz gorzej. Ostatnie kilometry do Świnoujścia pokonane w ciemności były naprawdę ciężkie i niebezpieczne. Doszło spore zwątpienie, małe zmęczenie, które chwilowo odbierało mi siły do walki.. Wszystko zmieniło się wraz z ponownym przekroczeniem Polskiej granicy.. Na nowo odzyskałem siły, i wiarę w swoje możliwości. Cisnąłem ile mogłem - i pokonałem te ostatnie kilometry ostatecznie dojeżdżając po godzinie 19 w okolicę Dworca PKP w Świnoujściu. Przepłynąłem się promem miejskim.. Podziwiałem piękne statki, oświetlone nocnym niebem.. Tylko ta pogoda.. Mocno zmienna, mocno jesienna. Mglisto, deszczowo. Powrót do domu, był ciężki - nie szło jechać. Ślisko, ciągle pojawiała się mgła.. No ale co to moja wina?! To wszystko przecież nie tak miało wyglądać. Miało być normalnie, zorganizowany przejazd z noclegiem.. Wtedy nie trzeba było by się o nic martwić. Spanie już na miejscu, bez wyjeżdżania nigdzie.. Regeneracja aby na drugi dzień walczyć dalej.. Teraz też to mnie czeka. Dalsza walka w dniu jutrzejszym - z tą różnicą, że odbędzie się ona po nocy spędzonej w domu, w swoim łóżku.. :) Jednak nie z wyboru, tylko z oczywistości, no bo jak miałem w inny sposób na ostatnią chwilę zorganizować sobie ten wyjazd?! Sporo na tym tracę - czas, pieniądze, paliwo. Ale myślę, że mimo wszystko warto. To jest naprawdę piękna i wartościowa trasa. Każdy rowerzysta a już na pewno każdy rowerzysta z zachodniopomorskiego województwa, powinien tą trasę przejechać! :) Ja dziś zaliczyłem pierwszy dzień. Mimo sporych obaw, snów, i tego, że z rana się tak czułem jak się czułem. U mnie to nic nowego. Ja się całe życie źle czuję. A mimo wszystko się nie poddaję, walczę o marzenia.. By być najlepszym, by się wybić, trzeba walczyć o swoje.. Nie można się poddawać.. Bo przegranym jest ten, kto nie podniesie rękawic i nie stanie do walki. Wygranym jest zawsze ten, co podejmie próbę walki niezależnie od jej wyniku...

Oto jedno ze zdjęć z trasy :)

trasa17pazdziernika2020zdj1.jpgtrasa17pazdziernika2020zdj2.jpgtrasa17pazdziernika2020zdj3.jpgtrasa17pazdziernika2020zdj4.jpgtrasa17pazdziernika2020zdj5.jpgtrasa17pazdziernika2020zdj6.jpgtrasa17pazdziernika2020zdj7.jpgtrasa17pazdziernika2020zdj8.jpgtrasa17pazdziernika2020zdj9.jpg


Mapa przebiegu trasy :)