Dzisiejsza trasa jest moją drugą trasą z dnia dzisiejszego. Mam bardzo dynamiczne dni, mało czasu na siebie i na to aby się pożalić, poużalać jakie te życie jest złe i bez sensu. Bo w sumie taka prawda, praca jest bez sensu, robi się niepotrzebne zadania, marnuje życie, czas, który można byłoby poświęcić bliźnim czy po prostu innym przyjemnością. A tak, po dzisiejszej trasie pracy: Trasa pracy z 31.05 - nie miałem nawet chwili czasu aby przejrzeć nagrania z kamerki. Jakoś mnie dzisiaj tknęło, czy pojawiła się taka męcząca mnie myśl czy oby w procesie poprawiania pionu kamerki, co działo się w ostatnich dniach mijającego tygodnia, znowu nie ustawiłem kamerki za wysoko. Taka myśl się pojawiła, nie udało mi się jej jednak zdementować. Po pracy w akademiku nie było mnie nawet przez godzinę czasu. Nie zdążyłem zjeść, nic. Raz dwa się ubrałem, i przygotowałem do wyjazdu na dzisiejszą wycieczkę do Puszczy Wkrzańskiej. W poprzednich wpisach dawałem link do wydarzenia na Facebooku, które organizuje Nature Trip: Rowerem po Puszczy Wkrzańskiej. Dla formalności dam jeszcze raz! Podobno na takich wyjazdach, zawsze było pełno ludzi, ale to się raczej nie odbywało w piątki, w takie późne godziny i jeszcze na kilka dni przed wydarzeniem pojawiło się ogłoszenie. Może dlatego ostatecznie na spotkaniu było ok. 30 osób. I to miało być usprawiedliwienie aby nieco przyspieszyć tępo jazdy. W wydarzeniu podawali: tępo jazdy: turystyczne - 10-15 km/h. W rzeczywistości było 2x szybsze, miejscami się to jechało 30+ km/h, a zazwyczaj nieco ponad 20 km/h. Trudno było też o to, że się poczeka, zwolni na te osoby, co zostały z tyłu.. Grupa się szybko porozbijała, jechała w nie równym tempie.. Eh. Czego ja się spodziewałem. Wyjazdy z Gryfusem, czy masowe wyjazdy, gdzie nie bierze udziału naprawdę dużo osób to tak wyglądają.. np. słynna już trasa, słynna bo jeszcze odnosi się do czasów gdy miałem wysoką formę w tym roku: Szczecin - Ueckermünde wyglądała tak samo.. Dzisiaj mi to za bardzo nie przeszkadzało. Może dlatego, że w tym roku, wyjątkowo w tym roku, często mam do czynienia z jeżdżeniem z prędkościami 20-30 km/h, czasem nawet szybciej ale to przez niewielki odcinek trasy. Sam próbowałem się mierzyć z takimi prędkościami na trasach, brałem udział w kilku masowych przejażdżkach gdzie takie prędkości są. Oczywiście nie są dla mnie czymś naturalnym, ale miałem z tym już więcej do czynienia w tym roku niż w poprzednich latach, więc nie było dużo problemu gonić. W szczególności, że ja tak przez ostatnie dni do pracy dojeżdżam. Tam regularnie, część tej niedługiej trasy "do pracy", pokonuję z prędkościami 20-30 km/h i gdzieś to w organizmie pozostaje. Były jednak takie osoby co zostały z tyłu. I nie uważam za ładne, i w porządku pozostawić ich tak, i jechać dalej. Lepiej było jechać trochę wolniej aby każdy dał radę. A tak swoją drogą, to ja jadąc na te Głębokie, i to pomimo znacznego obciążenia, z jakim jechałem, też tak popykałem 20-30 km/h. Powiem jeszcze ciekawostkę, że w drodze powrotnej z Jeziora Głębokiego też tak jechałem z takimi prędkościami jak 20-30 km/h! To naprawdę wielki szok i zdziwienie dla mnie.. Co utwierdza mnie w przekonaniu, że na imprezie Sternfahrt, która odbędzie się ze mną czy beze mnie ale się odbędzie z dnia 02.06.2019 - też dałbym radę.. Zrobić te 70-80 km, przy przeważanej prędkości 20+ km/h. Czy więcej dałbym radę?! Nie wiem. Trudno jednak ryzykować, jeśli chciałbym mimo wszystko jechać, może się okazać, że zrobię np. 110 km i już chuj nie mam sił jechać dalej a do samochodu w Eberswalde byłoby jeszcze 30 km i co wtedy?! Gdy jeszcze jadę sam to bym jechał 3h te 30 km. A gdy nie jadę sam, to kto będzie na mnie czekał w takim wypadku? Zbyt ryzykowne. Chociaż dzisiejsza trasa, mimo, że początkowo wybierałem się na nią nie chętnie, po prostu mi smutno było, chodziłem taki przybity od wczorajszego dnia, że znowu mi się w życiu nie udało.. to mimo wszystko dzisiejsza trasa napawa mnie pewnym optymizmem. I cieszę się, że pojechałem. Nic na tym nie tracę. A zyskuję, nowe znajomości.. Osób, które też jeżdżą rowerami.. Poznawaniem nowych miejsc.. Nowych rowerowych przygód i uściślaniem mojej wyjątkowej przyjaźni, i drogi w życiu jaka łączy mnie z Aurelią. Co wspólnie przeżyliśmy, co wspólnie widzieliśmy.. Każda trasa jest wyjątkowa, co nie które bardziej niż inne.. Ale nawet takie denne, powtarzalne trasy jak te do pracy są w pewnym sensie wyjątkowe.. Przecież nie ma dwóch takich samych tras, mimo wielu wspólnych punktów jakie mogą je łączyć. Cieszę się, że dzisiaj pojechałem, że postanowiłem jednak pojechać. Choć miałem różne myśli co do tego co zrobić w dniu dzisiejszym - np. wrócić do rodzimych Płotów.. Postanowiłem jednak zostać na ten weekend w Szczecinie. Pojechać na wycieczkę po puszczy Wkrzańskiej. Przecież nic nie tracę.. A co najwyżej zyskuję. Zyskałem większą pewność siebie, dzisiaj w sumie przez cały dzień zrobiłem ok. 60 km. To moje pierwsze takie długie kilometry od czasu opadnięcia sił i formy: Trasa "20-stka": docieranie opony i Trasa po chorobie: Makowice. W wymienionych trasach opadłem na siłach. A od trasy: Wielkanocna trasa - nie zrobiłem niczego dłuższego niż 40 km.. Aż do dzisiaj. Więc rosną nadzieje, że być może rozpoczynający się weekend będzie zwiastował mój triumfalny powrót do mojej formy, do robienia tras 100+ km.. Na co przecież liczę. To oczywiście nie zmienia faktu, że dzisiaj spędziłem fajnie czas, i było naprawdę warto pojechać, zobaczyć coś nowego i sprawdzić się na nie dużych dystansach. Co innego jest robić 40 km ze średnią nieco ponad 20 km/h, a co innego rzucić się na głęboką wodę i jechać ponad 100 km z taką średnią. Do wszystkiego trzeba dojść stopniowo.. Wtedy da się przyzwyczaić organizm nawet do takiego szybkiego jeżdżenia, które dzisiaj było dla mnie cięższe choć by z powodu mocnego obciążenia sakwy - miałem walizeczkę z lampką, którą założyłem dopiero na Jeziorze Głębokim, 1,75L butlę z wodą, jakieś zaległe ciuchy, i bluza.. Zapięcie rowerowe, wziąłem też kiełbasę na ognisko i do późniejszego zjedzenia, bo nie mam nic w akademiku na kolację czy śniadanie. Więc zrobiłem sobie większe zakupy. A to wszystko ma swoją wagę, przeciąża mi tym samym rower, i ciężko się jedzie. Mimo tych niesprzyjających okoliczności i tak dzisiaj nieźle pociągnąłem. Aż jestem szczerze zdziwiony i bardzo pozytywnie zaskoczony, że tak ładnie udał się dzisiejszy dzień :)
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1
ID wpisu: 418
Trasa nr [łączna]: 501
Trasa nr [na blogu]: 415
W tym tygodniu: 6
W tym miesiacu: 20
W tym roku: 74
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 494 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 408 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 7 dni
Stan Licznika Poczatkowy: 63.42 km
Stan Licznika Końcowy: 115.9 km
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 11507 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 11560 km
Maksymalna prędkość: 47 km/h
Przejechałem: 52.48 km
Przejechałem [msc]: 357.16 km
Przebieg roweru [rok]: 2070.97 km
Przebieg roweru [suma]: 19218.96 km
Przejechalem w 2019: 2070.97 km
Podroż dookoła świata (2019) 5.1774 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 48.0474 [%] km
Czas jazdy: 02:57:24 h
Czas Jazdy Suma (ever): 1211:06:03 h
Czas Jazdy Suma (blog): 987:39:55 h
Czas Jazdy Suma (2019): 131:22:49 h
Czas Jazdy Suma (w tym msc): 23:21:58 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 01:10:06 h
Średni czas jazdy w tym roku: 01:46:31 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:21:46 h
Średnia: 17.79 km/h
Trasę z dzisiejszego dnia mogę z powodzeniem uznawać za mój nowy początek, nowy rozdział, który tak dziwnie wypada w połowie roku kalendarzowego. Wypada także po wielkich zmianach w moim życiu, do których się przez ostatnie miesiące przygotowywałem ale.. to tak szybko nadeszło.. I ciężko mi się do dużych zmian w życiu jakimi jest praca.. przyzwyczaić. Do godzin pracy też. Codziennie, codziennie, i tak w dzień w dzień po 8h.. to bardzo ciężko jest. I mocno ogranicza to mój czas i naturalny tryb życia do jakiego przyzwyczaiłem się, spędzając życie jako student.. Gdzie sam decydowałem jak będzie wyglądał mój dzień, czym i kiedy się zajmę. Najczęściej to wyglądało tak, że najpierw przyjemności np. dłuższa trasa rowerkiem a potem jakieś zadania, i taki tryb się spełniał. To nie wiem co miałoby być w nim złego.. W pracy się chyba tak nie da. Choć nie wiem. Świat ludzi pracujących, panujące tam zasady i możliwości jest wciąż dla mnie nowy, mimo tego, że tkwię w tym już cztery tygodnie, że nie wiedzieć kiedy i jak minął miesiąc życia.. Może jeszcze nie co do dnia, ale przecież z końcem dzisiejszego dnia kończy się Maj, to zaraz Czerwiec, Lipiec.. i tak to pójdzie, że nawet nie wiadomo kiedy. Będzie jak było dzisiaj, gdy sobie tak patrzę na wpisy na blogu, nie które z nich poprzeglądałem i tak sobie myślę.. boże kiedy to było. Patrząc tak po datach, wydarzeniach w życiu wydawało by się, że nie tak dawno eh. Życie tak szybko mija. Jak nie trudno się domyśleć, dzisiejsza trasa też szybko minęła. Szybko się zaczęła, szybko minęła. W dzisiejszą trasę wybierałem się tuż przed godziną 17. Oczywiście tak się zajebiście przygotowałem, że klucza do zapięcia Aureli nie wziąłem -.- I musiałem się cofnąć. Rzecz jasna nie odnosiłem klucza od rowerowni po to aby za chwilę iść na niego ponownie. A niech sobie czekają.. AAAA! Nie pożaliłem się na blogu. Jedna ważna sprawa uległa zmianie, i niestety przewiduję, że będzie gorzej. Otóż, to się stało po mojej trasie (zresztą drugiej tego dnia): ZS: Szlaki Niebuszewa, gdy już wróciłem z tego cytowanego Niebuszewa to ktoś mnie pozbawił miejsca przy płotku w rowerowni. Nagle w rowerowni znalazło się kilka rowerów więcej i nie ma miejsca, nie ma gdzie bezpiecznie trzymać Aureli. Jeszcze chwila to się okaże, że już jej tutaj nie zaprowadzę bo jest po prostu za dużo rowerów. No masakra jakaś. I właśnie to mnie dodatkowo denerwuje. Ja zwykle w pośpiechu próbuję jakoś spiąć ten rower, za każdym razem muszę się rozpakować, spakować. Ze wszystkim ganiać. To normalne, że będę czegoś zapominał. Bo tak normalnie to miałem np. cały czas w sakwie rzucone power-banki, a tak zabieram, miałem ładowarkę, dodatkową baterię, jakieś kable USB. A tak to nie mogę nic zostawić. I się tylko bawię z zapięciem i ze wszystkim. I tak to jest. Im bardziej mi się spieszy tym wszystko się bardziej opóźnia. No dobra, w końcu wylazłem z akademika. Skierowałem się na ul. Boh. Warszawy, i podjechałem do żabki gdzie wziąłem sobie małe zakupy na ewentualną dzisiejszą kolację, czy jutrzejsze śniadanie. Nie wiedziałem w końcu o której wrócę itd.. Więc pod Żabką, rower zabezpieczyć. I jakoś się szybko zabrać i z kiełbasą, bułkami, wodą. Oczywiście trochę mi się przeciąża w jedną stronę. To bez znaczenia, ale dzisiaj leciał w lewą stronę gdzie rzuciłem wodę.. Niestety w sakwie nie mogę trzymać wody w bocznych komorach (a zwykle miałem wody po prawej stronie) bo się ta woda rozdupczy i tyle będzie z tego.. Pisałem o tym problemie tutaj: ZS: Niebueszewo szlakiem Odry. Problem nie nowy, choć w okresie Maja 2019, powtarzać się zaczął regularnie. Miałem tak w ogóle w ten weekend wymienić sakwę. Bo miałem jechać na ten Berlin, to chciałem kupić nową sakwę. A tak tą decyzję odwlekam. Oczywiście to mnie nie ominie. Będzie ciężko przetrwać ciepłe dni.. Mając uszkodzoną sakwę, gdzie jej stan się nie poprawi. A jeżdżenie po mieście tylko to pogarsza. Drogi rowerowe (DDR) w tragicznym stanie, dziury, krawężniki. Jezdnia nie lepsza. Masakra. Dobra.. Jakoś pojechałem, przeciążona sakwa, jakoś dała radę. Ostatecznie znalazłem tym czasowe remedium na przewód wody w tej zniszczonej i wybrakowanej już sakwie. Wystarczy coś podłożyć, np. bluzę pod butelki wody. I nie powinny się niszczyć. ALE - właśnie, jest te ważne ALE, może być tak, że komora w sakwie pęknie. I wyleci butla z wodą, z bluzą, może się powkręca w przerzutkę i w kasetę.. I to może się skończyć bardzo źle. Więc lepiej jak najszybciej wymienić tą sakwę. I dobra. Ruszyłem w trasę! Ruszyłem wzdłuż ul. Sikorskiego a z niej na Al. Piastów do Placu Szarych Szeregów, skąd obiłem na al. Wojska Polskiego. Przez większość Al. Wojska Polskiego jechałem ulicą. Co prawda jest DDR, ale on jest w takim stanie.. Parę razy już na to narzekałem. Nie mam zamiaru do tego wracać.. Więc większość trasy jechałem ulicą, dojechałem do trwających remontów, budowania węzła Łękno, jako części trasy średnicowej w Szczecinie - jedno z większych inwestycji drogowych w tej metropolii.. I w końcu dotarłem do Jeziora Głębokiego. Po drodze mijałem mocno zmienną pogodę. W ogóle cały dzień taka była. Trochę się chmurzyło, trochę słonka. Przez chwilę to nawet leciutko pokropiło.. ale naprawdę leciutko. Przy Jeziorze Głębokim było już parę osób, ja tam trochę poprawiłem ułożenie bagaży w sakwie. I wkrótce parę minut po godzinie 18 ruszyliśmy w nie dużym gronie osób.
Trasę rozpoczęliśmy od pojechania drogą rowerową z Głębokiego w stronę Tanowa. Ta DDR to też ma sporo do życzenia. No ale jakoś się dało radę. Nie jechaliśmy do samego Tanowa, odbiliśmy na Bartoszewo. Typowo wiejskie klimaty.. których tak mi brakuje.. I tak ciągnęła się droga przez tutejsze wioski przez Sławoszewo przez Grzepnicę i tak do Dobrej Szczecińskiej, z której ruszyliśmy na trasę rowerową.. Piękna trasa rowerowa, którą otworzyło ciekawe zdarzenie. Z tej trasy wyjeżdża zarośnięty dziadek, mający na rowerze piłę mechaniczną :O Rowerowa masakra piłą mechaniczną normalnie XDD I ciągniemy tą trasę, przez rowerowy szlak.. Dają się we znaki kolejne kłamstwa w opisie dzisiejszego wydarzenia. Przerw prawie wcale nie ma. Nie było więc chwili czasu aby przystanąć, porobić kilka ujęć, niezwykłym widokom, jakie się ciągną w tych stronach.. No cóż.. Wrócę tu kiedyś samemu to porobię zdjęcia :) Ścieżka rowerowa z Dobrej ciągnęła się do granicy z Niemcami i po Niemieckiej stronie.. Fajne te strony, naprawdę. Dają się tutaj we znaki uroki jazdy w peletonie, trzeba ciągle uważać, bo nie wiadomo kto gdzie jedzie, i aby przypadkiem w kogoś nie wjechać. Dają się we znaki różne prędkości i rozbicie grupy, które nastąpiło w zasadzie zaraz po wyjeździe z Głębokiego, jeszcze przed Pilchowem byliśmy rozbici. Trochę po drodze czekali, już nie mówię, że nie. Ale można było odnieść wrażenie, że czekają z przymusu niż dobrych chęci, zwalniając po to aby po dołączeniu słabszych zawodników znowu ruszyć nieco szybciej. I tak cała trasa wyglądała. Dłuższą przerwę mieliśmy na granicy w Niemczech, gdzie nad polami, pojawiało się piękne słoneczko.. Była już późna godzina, wycieczka liczyła przejechane 20 km.. :) Wkrótce ruszyliśmy dalej, równolegle do drogi K81, pod miejscowość Blakensee, gdzie ciągną się rozbudowane systemy ścieżek rowerowych. I taką ścieżką podjechaliśmy pod jezioro, które organizatorzy nazywają jeziorem Blakensee. Choć na mapie OpenStreetMap ma ono nazwę Obersee. Tam spędziliśmy około 40 min czasu. To wystarczyło aby pogryzły mnie komary. Kilka fotek. I ruszyliśmy w drogę powrotną. Też mam parę fotek z tego miejsca. Droga powrotna biegła nieco inaczej.. Na ścieżce rowerowej w stronę Lubieszyna, która kończy się przy wsi Buk. Ale podobno w przyszłości ta droga rowerowa ma ciągnąć się aż do Lubieszyna, a może i dalej. I właśnie, droga powrotna przez Buk do Dobrej. W Dobrej wiele osób, które nie wybierały się na ognisko, zrezygnowały i odjechały w swoje strony. A reszta ruszyła, dla mnie już znaną drogą, bo już nią jechałem ;) Drogą z Dobrej w stronę Głębokiego przez Wołczkowo. Za Wołczkowem tuż przed znakiem "Szczecin", skręciliśmy w lewą stronę w las, gdzie wkrótce zostało rozpalone ognisko. Co ciekawe, facet z zapałkami nie dał rady rozpalić ogniska, a przewodnik dzisiejszej wycieczki mając tylko nóż z krzesiwem - i trochę kory - rozpalił ognisko. Była już późna pora, grubo po godzinie 21. Zaczęło się powoli ściemniać. Nie zabawiłem tu długo. Upiekłem sobie jedną kiełbaskę symbolicznie i jeszcze przed godziną 22, w nadchodzącym mroku ruszyłem w trasę.. Wydało mi się, że idzie chłodna noc. Może tak od wody było chłodno, zaczęło też latać robactwo, a mnie już w Niemczech pogryzły komary -.- Więc wróciłem. Wyjeżdżając z lasu przy jeziorze Głębokim, zrobiłem kilka fotek, zachodzącego zmroku.. I ruszyłem dynamicznie ruszyłem.. do Szczecina utrzymując przeważnie prędkość 20-30 km/h. Tak dojechałem do jeziora Głębokiego i wracałem wzdłuż al. Wojska Polskiego, w świetle ulicznych latarni i coraz cieplejszej nocy. Gdy wyjechałem na nowo budowanym wielkim rondzie nie daleko węzła Łękno, wzdłuż Al. Wojska Polskiego - nie tylko porobiłem kilka zdjęć bo to jest oczywiste, ale już na dobre zjechałem na ulicę. Jeszcze do tego miejsca starałem się jechać DDR, a potem jechałem krzakami ... bo kurwa się DDR skończył, jest syf przez remont na drodze. A tutejszy DDR to.. Nie ma co się denerwować. Dla mnie tu nie ma DDR, a, że ulice prawie puste, a ja jechałem przeważnie 25-32 km/h w tym miejscu no to.. ulicą! I tak do ul. Wawrzyniaka, z której zjechałem na ul. Boh. Warszawy, wcześniej chwilę, dosłownie chwilę jadąc nie lubianą przeze mnie ul. Mickiewicza. Wzdłuż ul. Boh. Warszawy nadal zasuwałem... za Turzynem zignorowałem DDR i pojechałem ulicą. Była późna godzina gdy zjechałem do akademika.. i ciepła noc.. ale też fajnie spędzone po południe. A ja chyba tak naprawdę nie byłem zmęczony, bo jak inaczej wyjaśnić to, że mimo dnia pracy, mimo pracy, mimo zrobienia dzisiaj znacznej odległości, w znacznej prędkości, przy samodzielnej jeździe nie jechałem wolniej a jeszcze szybciej?! Trochę więcej czasu spędziłem w rowerowni, żegnając się dzisiaj z Aurelią.. Wszystko trzeba było pozabierać, popakować.. Ale było fajnie! Jeszcze jedna pozytywna wiadomość, bo tak jest chyba od godziny 22 w mieście, nie dość, że ruch uliczny jest mniejszy to są powyłączane zwykle spowalniające sygnalizatory świetlne.. No i miasto nocą.. Jest takie piękne.. Tak naprawdę nie lubię miasta :) Ale.. mimo wszystko. Miasto nocą jest piękne. Aż sobie tak pomyślałem o takiej pięknej piosence: I co i co? I nic i nic - Andrzej i Maja Sikorska - (...), i że mogę jej pokazać nocą miasto, -fakt na miasto nabierają się dziewczyny :)) Piękne wspomnienia z dzisiejszą trasą związane będą kojarzyć mi się z samymi miłymi wydarzeniami, i skojarzeniami, jak choć by wspominana piosenka Sikorskich, którą i tu ciekawostka - wykonuje córka i ojciec :) W ogóle fajny duet, bardzo utalentowani. I cóż, wszystko ma swój początek i koniec. Dzisiejszy się dzień się zaczął i skończył. Kolejny tydzień pracy się skończył.. Kolejne piękne historie stają się wspomnieniami.. zamkniętymi w słowach, ukrytych we wpisach niniejszego bloga.. A zakończę dzisiejszy wpis bardzo wyjątkowo, słowami, często powtarzającymi się we wspominanej piosence..i co, i co, i co? i nic, i nic i nic..
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)