Trasa z dzisiejszego dnia jest w dużej mierze dla mnie bardzo symboliczna, nie dość, że ważna to przede wszystkim symboliczna - dająca wiele nadziei na niepewną przyszłość. W porównaniu z moimi zeszło tygodniowymi sukcesami, trasa - jej przebieg i trudy z jakimi przyszło mi się zmierzyć sformułowały dla mnie nową dewizę życiową, która jest dla mnie na tyle ważna, że upamiętniłem ją w tytule wpisu: miarą sukcesu jest suma porażek. Na myśl przychodzą mi liczne boje, liczne nauki płynące z serialu Pokemon, który był dla mnie niezwykle ważny na VII semestrze studiów inż (2016 r.) oraz przez ponad pół roku (2017 r.) - nie będzie moją podporą konkretny cytat ale nieustający entuzjazm i wola walki mimo licznych porażek jaką prezentuje główny bohater serii Ash Ketchum. Ci co oglądali z pewnością zrozumieją. Tereny dzisiejszej trasy oczywiście są mi znane, wielokrotnie jeździłem tymi drogami. Ale chciałem razu jednego, dnia 23.05.2018 zrobić fajną trasę, wtedy się jednak nie udało: Mniejsza trasa. Nie poddałem się za kilka dni spróbowałem znowu (30.05.2018): Mniejsza trasa 2. Porażka goniąca porażkę. Od 30.05 nie miałem okazji by zmierzyć się z tą trasą aż do dzisiaj. W sumie nie miałem nic do stracenia. Najwyżej znowu by się nie udało (już trzeci raz..). Od 02.08, nie czułem się za dobrze, pojawił się przenikający w środek, ostry i nieustępujący ból po lewej stronie ciała, utrzymywał się kilka dni - dzisiaj także. To mnie jednak nie powstrzymało by zmierzyć się z rowerowym wyzwanie. Wczoraj mnie ta dolegliwość powstrzymała - bo właśnie 03.08 powinien wypaść mój trening. A nie wypadł - wypadł dzisiaj. Czy to lepiej czy gorzej - nie mnie oceniać. Liczy się to, że mimo wielu trudów i przekornego losu, udało mi się wyruszyć w trasę i co najważniejsze: NIE PODDAŁEM SIĘ NA NIEJ, tj. poddałem się 22.05 i 30.05. W podobnych okolicznościach (problemy z rowerem, niepewna pogoda - idąca burza) się poddałem. Dzisiaj miałem kumulację tych zdarzeń: pogoda, problemy z rowerem, oraz problemy zdrowotne. Jednak pojechałem dalej, przemęczyłem się - by cytat, który narodził się w mym umyśle mógł być poparty konkretnymi dowodami - za każdym sukcesem stoją porażki, i wnioski jakie z nich wyciągamy. Ze swoich porażek, wyciągnąłem jedne wnioski nie powinienem ulegać chwilowym zachwianiom formy, i problemom z rowerem. Powinienem być ponad to, i jechać dalej, tak długo jak daję radę (a może i więcej), podjęcie decyzji o zaniechaniu czy zmienieniu przebiegu trasy musi być naprawdę KONIECZNE. Także, trasa się udała, daje wiele nadziei i chodź w maleńki sposób rzuca cień światła na nieprzenikniony mrok porzuconych nadziei.
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1 * Poprawka licznika z powodu bugów 2018 r. Wartość jak na zdjęcu licznika.
ID wpisu: 269
Trasa nr [łączna]: 353
Trasa nr [na blogu]: 267
W tym tygodniu: 3
W tym miesiacu: 2
W tym roku: 82
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 349 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 263 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 4 dni
Stan Licznika Poczatkowy: 6916.19 km
Stan Licznika Końcowy: 6966.43 km
Stan Licznika Końcowy2*: 6875.4 km
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 6667 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 6717 km
Maksymalna prędkość: 40.7 km/h
Przejechałem: 50.24 km
Przejechałem [msc]: 96.88 km
Przebieg roweru [rok]: 3413.28 km
Przebieg roweru [suma]: 14284.09 km
Przejechalem w 2018: 3413.28 km
Podroż dookoła świata (2018) 8.5332 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 35.7102 [%] km
Czas jazdy: 02:50:36 h
Czas Jazdy Suma (ever): 906:12:06 h
Czas Jazdy Suma (blog): 682:45:58 h
Czas Jazdy Suma (2018): 215:41:37 h
Czas Jazdy Suma (w tym msc): 05:04:34 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 02:32:17 h
Średni czas jazdy w tym roku: 02:37:49 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:32:17 h
Średnia: 17.73 km/h
Dzisiejsza trasa zaczęła się dla mnie w niezbyt optymistycznych warunkach zdrowotnych, przy problemach technicznych z rowerem oraz w wydawało by się, sprzyjającej pogodzie. Było przeważnie słonecznie chodź często się chmurzyło. Ale przy tej okazji wiał silny porywisty wiatr, co utrudniało nieco jeżdżenie. Gorzej jednak wypadały kwestie techniczne. Coś się dzieje znowu rowerem, i co ciekawe nie działo się tka na mojej ostatniej jeździe: Upalne prędkości. Po prostu gdy ruszyłem miałem wrażenie, że zaraz się wywalę, i tak co chwila miałem takie wrażenie, że rower się za bardzo przegina na boki, że osiada bardzo (na kołach), jakby było mało powietrza, każdy skręt kierownicą wiązał się u mnie z reakcją, że nie jadę stabilnie, że lecę na bok, przewracam się. Ciężko mi obiektywnie stwierdzić czy faktycznie tak było, czy ja z różnych przyczyn może nawet zdrowotnych miałem takie dzisiaj wrażenie. Gdyby tego było mało - cały czas ciężko mi się kręciło pedałami, ale mało tego! Nawet gdy nie kręciłem pedałami, miałem wrażenie, że rower ciężko jedzie, że jakieś tam opory stwarza. Naprawdę męcząca jazda. Postanowiłem zrobić trasę, tj. pierwszy raz wybrałem się na tą trasę już wspominanym dniu - 22.05.2018. Pojechałem przez rodzinne miasto do Reska drogą DW152. Straszny ruch na drogach dzisiaj - osobówka za osobówką gna, wyprzedzają się, gnają kolejne. Wiele samochodów wiezie jak nie jeden to kilka rowerów. Wszyscy mieszczuchy na wakacje nad morze gnają (albo wręcz przeciwnie z wakacji). Także sytuacja na drogach dość niebezpieczna. I ciężka. Jakoś do Reska dojechałem, z Reska skierowałem się na Łabuń Wielki. Po kilku kilometrach miałem dość tego jeżdżenia. Nie jest za ciepło (wieje, chłodno), źle się jedzie (ciężko). I się tak męczę dalej. Gdy już minąłem Łabuń Wielki - już do końca trasy odeszła ładna pogoda. Słońce już całkiem zasłoniły chmury, było szaro, mocniej wiało. A ja miałem taki myśli, żeby to pierdolić i wrócić po obecnej DK6 - wzdłuż której do skrzyżowania na Kocierz budowana jest droga S6. Nim jeszcze znalazłem się w patowym miejscu, gdzie musiałem podjąć decyzję, przed wsią Dąbie chciałem sobie zrobić małą dłuższą przerwę. Zjechałem w bok, w las - ale przerwy tam nie uświadczyłem. Za dużo robactwa. Nie da się ani chwili na łonie natury odpocząć :( W lasach ponadto duża wilgotność, błoto, gdzieniegdzie kałuże. Czyżby ostatnie upały już odpuszczały?! I tak źle i tak nie dobrze - mamy taką pogodę od skrajności do skrajności. Im prędzej wjechałem w ten las pod wsią Dąbie - tym prędzej z niego wyjechałem i ruszyłem dalej. Minąłem Dąbie, skrzyżowani na Modlimowo i same Modlimowo mijałem. Więc decyzja jasna i klarowna. Nie poddałem się! Mimo fatalnej pogody, wkurwiającego mnie nowego radia z USB. Po co te USB w tym radiu jest jak się jedzie, głównie po dziurach, to radio ma turbulencje i się co chwila rozłącza i za którym razem mnie to już wkurwia. Tak jest w zasadzie od początku odkąd mam te radio. Ale dopiero dzisiaj o tym wspominam. Bo mnie tak wszystko wkurwia, to kilka razy jebnąłem w te radio -.- Nie mniej nic mnie nie złamało. Wiało coraz bardziej, paskudna pogoda. Przed Gryficami jeszcze zaczęło kropić na dodatek -.- Taaak, jakoś dojechałem do Gryfic, ostatnia prosta przede mną. Minąłem Gryfice, i jak zwykle (tradycyjnie) na ul. Żwirka i Muchomorka zrobiłem sobie przerwę. To był mój ostatni postój na tej trasie. Trochę kropiło, trochę padało. Szła burza na koniec - burzowe chmury, grzmiało. Kilka wyładowań widziałem - jedno spektakularne mniej więcej na wysokości wsi Barkowo, do jej wysokości dużo mi nie brakowało - pojawiła się ładna błyskawica. Zastanawiałem się czy złapała się na nagraniu! I tak! Złapała się! Świetne ujecie. Błyskawica się złapała, ale inne zdarzenie nie. Gdy mijałem na drodze DW109 skrzyżowanie na Brodniki wyprzedzał mnie ogromny ciągnik, który wkrótce na obwodnicy Baszewic stanął na awaryjkach. Gdy już mnie wyprzedzał - zauważyłem, że w jego tylnym kole po prawej stronie coś iskrzy, pojawiają się także języki ognia. Zapaliło się coś przy kole, i wkrótce traktorzysta się zatrzymał i ogień wodą z butelki polewał -.- (nie skomentuję tego - ale to nie poważne zachowanie). Wodą jak to prawdopodobnie jakaś elektryka?! Na nagraniu tego nie widać, ale gdy go mijałem przyjrzałem się temu kołu. Stopiła się jemu cała opona - pewnie na niej widziałem języki płomieni. To jednak ciekawostka, dla mnie lepszy był spektakl z burzą! Burzowe niebo, błyskawice. Ale nie czuć było tego burzowego powietrza :( Burza sama w sobie także długo nie trwała. Zdążyłem zjechać do domu, zjeść obiad i wyszło słońce (to ile ta burza trwała, włączając czas mojej jazdy?) z ok. 30 min. I wszystko poszło bokiem. A szkoda, lubię burze ;) Są takie piękne..
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)