Dzisiejsza trasa wbrew temu, że była zagrożona... Miała się nie obyć, a pogoda miała być fatalna ostatecznie się odbyła. Nie żałuję, że pojechałem bo było fajnie. Miałem na dzisiaj też inne plany aby jechać do Schwedt (Niemcy) z Singlowymi. No ale w sumie może dobrze, że nie pojechałem. Oni coraz bardziej przypominają tych pierdolniętych umysłowo Gryfusów. Choć jeszcze się o jazdę w kasku tak nie pultają. No ale są walnięci ci Gryfusy. No i szkoda, że niegdyś fajna grupka się tak pieprzy. Nie będę przecież za wariatami gonić w całą drogę. Wolę już wobec tego jechać sam i nie być od nikogo uzależniony. Ani to nikogo nie gonić ani nie czekać. No i być przede wszystkim odpowiedzialnym za to co się robi. Od paru dni dość często powtarzam taki rowerowy slogan, można go uznać nawet za taki utarty schemat: czas to kilometry. Im więcej czasu zmarnujemy na zabawy i bezsensowne działania tym mniej pozostanie go na nabijanie kilometrów. A te są przecież ważne poza ewentualnymi innymi celami, które można realizować na konkretnym rowerowym wyjeździe. Dla mnie nie mniej bardzo liczą się te kilometry. To być może zasługa tego, że czuję to, że mam szansę nabić te mityczne 10 tyś km w roku. Gdyby różnica była większa, brakowało mi więcej i nie miałbym ku temu szans to być może nie byłbym aż tak ambitny ;) No ale niestety w tym roku jestem. I nie odpuszczam żadnej okazji. Więc lepiej unikać jeżdżenia ze mną... Bo jedyne na co będę zwracał uwagę to ilość nabitych kilometrów. Patrząc jednak na to ile zdołałem ich nabić w tym tygodniu czy miesiącu... To jest naprawdę niezły wynik! Dzisiaj też nie poszło najgorzej. W sumie prawie 90 km. A tak naprawdę chciałem zrobić 75 km. Spodziewałem się, że przebieg trasy będzie nieco inny. Tak jest jednak zawsze. Zaplanować sobie można, ale gdy nie jedzie się samemu to na nie wiele rzeczy ma się wpływ. I potem jest jak jest.. Poświęciłem dziś czas na jeżdżenie.. No i pogoda nie była zła. Padało fakt, i to nawet trochę pokropiło... Ale nie trwało to dłużej niż z 30 min. Więc tragedii nie było. Tylko w tych pierdolonych prognozach nastraszyli. A sugerując się nimi, miałem nawet taki zamysł, że na szybkiego z rana zrobię sobie trasę 20-stkę, a potem będę opijał się Colą, i zajadał cukierkami Raffaello, które sobie kupiłem zarówno wczoraj po trasie rowerowej, jak i dzisiaj po trasie. W sumie miałem więc dwie duże paczki. Z sugerowaną ilością co najmniej 21 sztuk cukierków w jednym opakowaniu! :) To miał być przysmak, przekąska podczas trudów nadrabiania wpisów na blogu. A tych mam pokaźną ilość do zrobienia bo to są wszystkie wpisy w tym miesiącu, włącznie oczywiście z 01.09. A jeśli chodzi dodatkowo o media, statystyki do wpisów to mam jeszcze do ogarnięcia wpis z dnia 31.08. Kiedy i jak ja to zrobię to nie wiem. Dzisiaj postanowiłem, że ogarnę się z trasą raz dwa, wrócę i trochę podziałam a resztę zrobię najwyżej jutro. Będę musiał znaleźć w sobie dość dużo sił, i wiary aby sprostać temu wszystkiemu. Bo naprawdę mam pokaźne braki na blogu, a one z każdym dniem rosną. Zresztą z dzisiejszym też urosły. Oczywiście nie wróciłem zbyt szybko z trasy :( Zawsze coś... :) Moich wpisów i mnie nie można kontrolować w żaden sposób - pewny Panie, uczestniczący w dzisiejszej trasie! Zainteresowana osoba na pewno będzie wiedzieć o co chodzi! W końcu mamy już jesień, dni coraz krótsze a prowodyrzy dzisiejszego spotkania z nienawidzonego przeze mnie Szczecińskiego miasta - powtarzałem to wiele razy we wpisach z pamiętnego okresu pierwszej pracy w KWP Szczecin - nie wiem jak można mieszkać w mieście. To jest więzienie. No ale nie ważne, ci prowodyrzy zbyt długo się wylegiwali w łóżku, i nie przyjechali na czas. Dni coraz krótsze, trasa nie mała. A to takie spóźnienia! Tu nawet godzina robi duże znaczenie. Tak w ogóle, w tygodniu gdy umawialiśmy się na tą trasę tak wstępnie planowałem zrobić dziś dystans 140 km. Ale raczej nie dałbym rady. Musiałbym sobie odpuścić wczorajsze jeżdżenie: Goniąc burze. Nie jestem w końcu maszyną do jeżdżenia wspomaganą elektronicznie tudzież elektrycznie. O tym zagadnieniu wspomnę, w drugim akapicie dzisiejszego wpisu.. A cóż rzeknę dziś więcej. No trasa zaczęła się tym incydentem pewnym :) Mogłoby być lepiej, zawsze może być lepiej no ale nie było tak źle. Ważne, że pogoda się nie zepsuła, że do tego Mielna udało się dojechać. A potem wrócić, tu już każdy w swoją drogę! :) Miałem jechać z WG i KW na Białogard, gdzie ostatecznie pojechali. W sumie sam to wymyśliłem aby z Mielna pojechać na Koszalin a potem właśnie na Białogard. Tyle, że miałem ruszać z Karlina. Właśnie po to, jeśli ewentualnie bylibyśmy późno w Białogardzie, choć jakbym się nie starał to na pewno tak by się skończyło... Wtedy miałbym do przejechania tylko 8 km. A nie 40... No ale pewne roszady, zmiana godziny przyjazdu na znacznie późniejszą, a więc nieco mnie optymistyczną, nieco pomieszała te plany. Nie bez znaczenia będzie również fakt, że ostatecznie na wybranie się na tą trasę zdecydowałem się z rana dopiero. Wstałem taki wypoczęty, miałem się brać za tego bloga i w ogóle. No ale nie mogłem zdzierżyć tej pogody za oknem ani myśli, że nie będę uczestniczyć w fajnym wydarzeniu! :) I pojechałem. Choć nieco zmieniłem plany - może zmieniłem to złe ujęcie sprawy - usprawniłem, czy uwiarygodniłem zamiary na siły i możliwości w tym konkretnym dniu! Z drugiej strony się też nie oszukujmy 140 km i start po godzinie 11? I to znacznie... No już nawet bliżej 12 było nim ruszyliśmy. To niestety nie to. Nie dałbym rady utrzymać takiego tępa aby miało to sens, i to po prostu zbyt Gryfusowe podejście. A przecież się nie bratam z Gryfusami nie dla zasady: BO NIE, tylko dlatego, że nie pasuje mi ich chore podejście i to co robią. Jeżdżą tak nieefektywnie.. Najważniejsze jest jednak to, że koniec końców pojechałem i było fajnie, i było warto! ;) Odkryło się parę nowych dróg i miejsc. Kolejna rowerowa wyprawa, kolejna wspólnie spędzona z Aurelią przygoda jest za nami!
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1 * Poprawka licznika z powodu bugów 2021 r. Wartość jak na zdjęcu licznika.
ID wpisu: 914
Trasa nr [łączna]: 995
Trasa nr [na blogu]: 909
W tym tygodniu: 5
W tym miesiacu: 10
W tym roku: 169
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 985 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 899 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 10 dni
Stan Licznika Poczatkowy: 2701.94 km
Stan Licznika Końcowy: 2789.77 km
Stan Licznika Końcowy2*: 2790.14 km
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 15324 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 15412 km
Maksymalna prędkość: 35.8 km/h
Przejechałem: 87.83 km
Przejechałem [msc]: 612.42 km
Przebieg roweru [rok]: 7470.95 km
Przebieg roweru [suma]: 39482.31 km
Przejechalem w 2021: 7470.95 km
Podroż dookoła świata (2021) 18.6774 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 98.7058 [%] km
Czas jazdy: 04:54:36 h
Czas Jazdy Suma (ever): 2490:01:59 h
Czas Jazdy Suma (blog): 2266:35:51 h
Czas Jazdy Suma (2021): 466:02:11 h
Czas Jazdy Suma (w tym msc): 35:43:50 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 03:34:23 h
Średni czas jazdy w tym roku: 02:45:27 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:28:48 h
Średnia: 17.92 km/h
Trasę z dnia dzisiejszego choć małe przelotne deszcze przerywały, nie były one niczym groźnym! Dla wprawionych, wytrwałych w swych rowerowych ideałach rowerzystów nie ma nic trudnego. Nie ma niczego ponad wyznaczone cele! Co tam jakiś deszczyk, mróz, śnieg czy cokolwiek. Na wszystko mam gotową odpowiedź po przejechaniu prawie 1000 tras z Aurelią w sumie! na blogu mam opisane ponad 900, a wszystkich było już prawie 1000 (nie wiele brakuje, pewnie jakieś jednostkowe przypadki), od naszej pierwszej jazdy z 09.09.2014 r. A potem ruszyło. Sporo i to sporo tras z "pamiątkami" tj. jakieś zdjęcia, pierwsze nagrania mam z dawno minionego 2015 r. Jednak te wspomnienia są dla mnie ważne i nadal pielęgnowane. Wszystko w ogóle co się przeżywa w tym rowerowym życiu jest dla mnie ważne. Okres studiów, znajomości. Czy obecne znajomości, z którymi łączy mnie jakiś bagaż wspólnych często rowerowych doświadczeń bądź całkiem innych. Jak łączy nas dzisiejszy pełny przygód, i walki z przeciwnościami losu wyjazd! Na niektóre sprawy, faktycznie nie mamy wpływu, inne wynikają z pewnych zaniedbań... Koniec końców zawsze liczy się efekt podsumowujący pewny okres jak np. okres studiów. Liczy się ocena na dyplomie, a nie konkretne pojedyncze potknięcia, i niepowodzenia których przecież nie da się uniknąć. W mojej rowerowej karierze, która tylko z Aurelią zbliża się do granic 40 tyś km, liczy się właśnie to ile przejechaliśmy i ile razem przeżyliśmy aniżeli miałyby się liczyć konkretne zdarzenia. To może nie tak, że się nie liczą, ale nie są tak ważne jak całość. A z takich zdarzeń przecież składają się konkretne trasy. Dzisiaj miałem w sumie zły dzień. Bardzo nerwowy. Podejrzewam, że trzymają się mnie negatywne emocje z wczorajszego wieczora. Pewnie wspominałem w niektórych wpisach, choć pewnie rzadko, że moje życie to dno. Wywodzę się z patologii, z którą ciężko walczyć jeśli dotyczy własnej rodziny. To głęboko zakorzeniony problem, który może się czasem odzwierciedlać w życiu. Od rana byłem dziś dość nerwowy. A jeżdżenie po tym pierdolonym Kołobrzegu za przyjemne nie było. Od groma aut, ludzi i nerwowych sytuacji. Problem aby gdzieś zaparkować. Koniec końców stanąłem gdzieś w okolicy portu, blisko Dworca Głównego PKS/PKP. A gdzie dokładnie to nie pamiętałem. Tak mnie się wydawało hm.. Tylko w drodze powrotnej jakoś bez problemu od razu trafiłem pod samochód - taka historia. Dzisiejszą historię opisuje wiele czynników, właśnie ta wspominana pogoda. I pewny bagaż prawie 1000 wspólnych z Aurelią tras. To były różne zdarzenia, lepsze i gorsze. Stąd śmiało mogę powiedzieć, że wszystko już przeżyłem i ze wszystkim dam sobie radę! Żadne zewnętrzne czynniki mnie nie zniszczą bo już je nie raz przeżyłem. Nie raz jeździłem w upałach, w deszczu czy przeszywającym zimnie. Więc dam radę! Dzisiaj we znaki, chociaż kawałkami dawał się wiatr, i deszcz. Jednak nic nie jest wstanie zastąpić przepięknych, niepowtarzalnych widoków... Morza szum, ptaków śpiew, dzika plaża wokół drzew.. A my gdzieś tam, pośród wysokich wydm, przemierzamy krain cud... Przemierzamy krain cuuud... Za pewne towarzysze trasy zgodzą się, że tak można to opisać! Nie było tak pięknie cały czas. Ze względu na dużą ilość ludzi, rowerów, postanowiłem nieco objechać drogę R10/R13 robiąc sporą rundę po mieście. W sumie nie bez powodu można zakładać, że nie miałem pojęcia co robię. Przynajmniej dzisiaj. Takie zaćmienie umysłu. Nie wiedziałem gdzie jadę i po co. W sumie często tak mam, że nie wiem co robię. A być może po prostu dorwał mnie Covid. A więc nie przetrwam do wymarzonych 100 000 km z Aurelią ehh... Ale serio było coś dziś na rzeczy. Wszystko mnie denerwowało. Miasto szczególnie. Ta nadmiarowa droga w sumie na nie wiele się zdała bo i tak wróciliśmy prawie, że w punkt z którego ruszaliśmy (port w Kołobrzegu) - najbardziej charakterystyczne miejsce miasta. Pełno ludzi, komunikacji miejskiej, syfu, knajp itd. Właściwa część przygody dopiero się na horyzoncie rysowała... Poprzez nie wielką część naprawdę urokliwego nadbałtyckiego szlaku drogi R10/R13.
Te piękno nadmorskiej plaży. I ten urok, który niszczyła duża ilość rowerów elektrycznych. No po prostu skręcało mnie dziś na ten widok. Całe rodziny, nawet z dziećmi na takich rowerach. Nie kryłem zażenowania, i głośno wyrażałem swój sprzeciw wobec takich praktyk. Jak można tak niszczyć rowery, ten piękny sport przez wożenie się tym syfem. Wobec elektryków często podnosi się niesłusznie argument o osobach starych i niedołężnych. Tyle, że oni na takim sprzęcie to mały promil. Większość to młode, leniwe byczki. To powinno być prawnie sankcjonowane. Całe rodziny na czymś takim?! I jeszcze tak bardzo cieszą mordy z tego jak bardzo są walnięci. Na szczęście szybko skończyły się te negatywne widoki. Można było jechać dalej. Przez przepiękne Ustronie Morskie. Sama miejscowość naprawdę przepiękna i warta uwagi. Jednakże fragment drogi R10/R13 na niej to jakaś tragedia. Niewygodny, wąski. To jeszcze piesi się tam masowo pchają. Dalej już było lepiej, choć nie tak urokliwie. Do samego Mielna jest w sumie blisko - 35 km z Kołobrzegu. Cały czas biegnie tam oznaczona trasa R10/R13. Tyle, że nie zawsze jest ona niezależna od innego ruchu aut, i często przebiega drogą wśród aut. Nie jest jednak tak źle. A może nie jest tak źle tylko dlatego, że to już prawie koniec sezonu i ludzi, turystów tak dużo nie ma? Być może.. Mile spędzony czas jednak szybko dobiegał końca. Ostatnie roszady miały miejsce w Mielnie, gdzie już tak na głodniaka jechałem, że zacząłem samochody na drogach wyprzedzać... Aby szybciej dojechać do pewnego punktu z żarciem :) Dyrektor szkoły w której pracuję często bywa w Mielnie, i chwalił zawsze kebaba Salsa :) Więc podjechałem tam. Zresztą Kebab jak Kebab. Wszędzie jest taki sam i ok. Tylko w Płotach przy biedronce nie jest ok. Tu jedyny punkt gdzie mają naprawdę dziadowskiego kebaba. I takie jest wszystko, co w nim się znajduje od bułki, przez mięso, sosy po surówki. A jeśli chodzi o kebaby z frytkami to i frytki bee. No ale coś trzeba było zjeść bo ja tylko porannym śniadaniem żyłem a to już godziny po południowe się zbliżały. Wraz z nimi zbliżał się ten deszczyk. Po posiłku w tym Mielnie się jednak rozstaliśmy. Tu już każdy jechał w swoją stronę. Towarzysze na Białogard, a ja do Kołobrzegu. Nie wracałem już jednak tą rowerową drogą. Pojechałem inną trasą przez miejscowość Gąski, a za nią trochę zboczyłem z najkrótszej trasy. Znalazłem się w kilku nieznanych mi dotąd z nazw wsiach w tym miejscowości Dworek, gdzie był piękny Dworek do oglądania i jakaś opuszczona posiadłość. Tak dojechałem do drogi DK11, gdzie złapał mnie ten deszcz. Ale prócz deszczu i pagórkowatego terenu złapały mnie też ambicje. I tyle o ile w całej trasie starałem się jechać dynamicznie i szybko co w moim przypadku śmiało oznacza prędkości rzędu >20km/h, to na DK11 szalałem... Duże odcinki bez postoi.. Tyle co na kilka fajnych fotek w deszczowej aurze.. Było tak pięknie! A tak szalałem szalałem nie mniej niż szalały auta, którym często odwala szajba. I to niektórym bardzo mocno odwalała... Nie wszystko mi się jednak dobrze nagrało. W Mielnie wymieniałem akumulatorek przed jazdą a już kropiło. I na kamerce została kropelka deszczu. I dopóki, dopóty było szaro, bez słońca albo po prostu padało to było ok. Ale potem gdy słońce zaatakowało to ta kropla wysuszyła się momentalnie i osiadła mgłą centralnie na środku wizjera kamery.. Na szczęście ta sytuacja nie trwała zbyt długo ok. 15-20 min. Szybko się skapnąłem w czym rzecz. Wystarczyło otworzyć kasetkę wodoszczelną kamery a mgiełka samoistnie wyparowała. I można było szaleć dalej. Ostatnie kilometry, piękna pogoda... Wjazd do miasta i bezbłędne trafienie pod auto. Praktycznie jechałem cały czas wzdłuż kończącej się drogi DK11 (ta prowadzi praktycznie pod dworzec). Piękna historia się kończy... A kończy się wyjątkowo. Pięknym zachodem słońca i nadzieją na kolejne wyjazdy! :) Naprawdę fajnie, że pojechałem. Bo z drugiej strony mogłem gnić w domu i nie pojechać dziś w ogóle bądź zrobić coś tak krótkiego jak trasa 20-stka. A tak, pomimo tego, że jestem trochę zmęczony a to zrozumiałe - teren w jakim jechałem i średnia prędkość, a także fakt, że od paru dni jeżdżę codziennie... Jestem jednakże zmęczony ale co najważniejsze szczęśliwy! :) Właśnie takie trasy, takie przygody budują piękną historię z Aurelią, i wzmacniają te warte pielęgnacji rowerowe znajomości! :) Ze specjalnymi pozdrowieniami, dla towarzyszy dzisiejszej trasy, kryjącymi się pod jakże wymownymi inicjałami WG oraz KW! :)
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)