Trasa z dnia dzisiejszego jest póki co moim największym rowerowym osiągnięciem nie tylko w granicach 2020 r., który to rok ma szansę plasować się na zaszczytnym miejscu najlepszego rowerowego roku jaki do tej pory miałem, tym samym dyskredytując 2018 r., jako ten najlepszy (pod względem ilości jazd, nowych przygód, przejechanych kilometrów i osiągnięć). Większość wskaźników już na tę chwilę jest wysoka, a wkrótce, kolejne tygodnie, miesiące będą mogły tylko poprawić ten wynik. A jeśli udana mi się druga planowana wielka trasa.. To już w ogóle! Od dzisiaj tak w ogóle już nie myślę, nie marzę o robieniu 300 km.. To chyba nie dla mnie.. Dzisiaj zrobiłem nieco ponad 220 (prawie 223) i nie wiem czy byłbym wstanie kręcić dalej aby dojść do tych 300. To w końcu jeszcze 80 km. To nie takie proste jak się wydaje. To tylko liczby, ale jeśli poprzedzone są wcześniej zrobioną określoną liczbą kilometrów, to te kolejne idą już znacznie ciężej. Do tej pory nie patrzyłem na ten problem w taki sposób. W końcu trasa 300 km marzy mi się od 2015 r., gdy robiłem pierwszy raz w życiu ponad 200 km dystans. Marzenia były wciąż powielane w kolejnych latach i trasach. I właśnie mijały tak kolejne trasy do 2018 r., gdy po raz drugi w życiu udało mi się zmierzyć z dystansem 200+ km. Zrobiłem skromne 210 km. W przeciwieństwie do dzisiaj, mogłem jeszcze trochę jechać. Dzisiaj zawiodły przygotowania, ale to też inna trasa (bardziej pagórkowata) a do tego 2 dni bez snu co swoje robi. Do trasy mogłem się lepiej przygotować, może poszłoby mi lepiej i byłbym do przodu z czasem, który był dla mnie największym zagrożeniem - mimo tego, że wyjechałem naprawdę wcześnie. Bo wyjechałem o godzinie 3:46. A wróciłem o godzinie 21:27. Czasowo - szału nie ma. Sporo czasu straciłem na walkę z ładowarką akumulatorków do kamerki. A co się na koniec okazało? Okazało się to, że problemem nie jest sama ładowarka a znowu pierdolone kable USB. Kilka msc mija i muszę wymieniać kable USB. A planowałem, myślałem o tym aby zabrać ze sobą jakieś dodatkowe, zapasowe.. I tak się stało, że nie wziąłem.. Gdybym wziął to może trasa potoczyłaby się inaczej eh. Ale co by nie mówić to mam nadzieję, że jeszcze w Sierpniu - oczywiście pod koniec Sierpnia czy kiedy tam poczuję, że MAM TĘ MOC - pojadę na jeszcze jedną naprawdę ogromną i wymagającą trasę. Pojadę do Poznania.. Sama droga do miasta nie powinna mi zająć więcej niż ok. 240 km. Na pewno będę lepiej przygotowany niż dzisiaj od strony technicznej. Czy będę miał też tyle szczęścia co dzisiaj? A tego to już któż to wie.. Prawda jest jednak taka, że jak nie w tym roku to kiedy miałoby mi się to udać? I tak, formalnie próbowałbym robić coś w granicach 240-250 km. A jeśli nadal miałbym czas, siły i co najważniejsze takie możliwości - to może próbowałbym dojść do tych 300 km. Liczę się z tym, że to będzie trasa 24h mną stop. Wyjadę właśnie gdzieś koło godziny 24.. I do nocy następnego dnia planowałbym mieć już wszystko zaliczone. Oczywiście jakieś spanie w Poznaniu sobie załatwię ;) Pomyślałem w sumie o tej trasie po mojej wizycie w Poznaniu w tym roku: Poznań. Jest to ciekawy pomysł. Nie rezygnuję z niego. Zobaczę jak to mi się te przewrotne życie ułoży i co uda mi się tutaj zdziałać. A póki co utknąłem na opisywaniu dzisiejszej historii i wielkiego wyczynu. Jak już wspominałem to moje trzecie w życiu zrobienie trasy 200+ km czy w ogóle przekroczenie magicznej granicy 200 km. Nieco więcej o tej historii, roku 2015 r., opisywałem na pierwszej opisywanej na blogu takiej trasie z 2018 r: 15 tyś Aurelio - "200 km". Zainteresowanych zapraszam do zapoznania się z tym tekstem.. A tym czasem.. Powiem tak.. Po trasie jestem trochę zmęczony to chyba zrozumiałe. Pod koniec, a już w zasadzie znacznie szybciej, zdenerwowany sytuacją bateryjną z kamerką i upływającym czasem, zacząłem nierozsądnie jechać nieco szybciej niż powinienem. Powinienem mimo wszystko trzymać małą prędkość, spokojnie i do celu.. W końcu walczę z poważną trasą. Najgorsze jest to, że ogranicza mnie czas, zmęczenie i te nieprzespane noce.. Wszystko zaczęło się pod koniec tygodnia, od czwartku gdy na serio myślałem o dzisiejszym wyjeździe - jeszcze wówczas w ogóle nie wiedząc czy mi się uda czy nie. Bo skąd niby miałbym wiedzieć? Nie wiedziałem też jak potoczy się dzień. A nie był to przyjemny dzień, w którym mimo wszystko zrobiłem spokojnym tempem bez pośpiechu.. Moją przygotowawczą trasę na dzisiejszy wyjazd: Smutna Trasa Brodników. Strata ważnego filmu, jednej z części mojej kolekcji była jednak ciężkim przeżyciem.. Chodziłem zezłoszczony, wkurwiony na wszystkich i wszystko dookoła.. Próbowałem wszystkich sposobów by wybrnąć z sytuacji, wprowadziłem w tym celu odpowiednie procedury, skanowania dysków wszelakimi programami itd.. I obsesyjnie obserwowałem ich postępy.. Doszło do tego, że w czwartek kładłem się późno spać jak na moje standardy. W nocy nie mogłem spać, przekimałem może parę godzin rano już koło 4 (w piątek) nie spałem.. Dalej uparcie walczyłem.. I mimo wielkiego zmęczenia i wykończenia jakie towarzyszyło mi wciągu dnia w ogóle zasnąć nie mogłem. Noc z piątku na sobotę wcale nie była lepsza. Długo nie mogłem zasnąć, często się budziłem. Miałem koszmary - śniły mi się jakieś trupy, zmarli.. I rower.. Trasa.. Towarzyszyły mi różne uczucia i daleko idąca niepewność. Postanowiłem jednak jechać, spróbować i nie poddawać się. Może po cichu miałem nadzieję, że coś mnie dzisiaj pierdolnie, moja droga się skończy i nie będę się już musiał niczym przejmować. Bo w końcu wszystko idzie na przekór mnie.. Rozmowa o pracę w KPP Kołobrzeg się nie powiodła. To miało miejsce w tym tygodniu. Byłem jedynym kandydatem na stanowisko. I nie zostałem wybrany. Uprzedzenia po dawnej pracy wzięły górę. I miejsce zamieszkania też pozostawało nie bez znaczenia.. Do tego na domiar złego doszła ta fatalna sytuacja związana z utratą jednego z najważniejszych materiałów z tego roku (2020).. Z trasy: Trasa Jeziorki Wałeckie - Białogard. Smutek istnienia, daleko idąca niepewność o przyszłość i ten pierdolony SARS-COVID i inne kurwy, które codziennie w mediach dominują od miesięcy - do reszty odbiera radość życia, i przewidywalność następnego dnia.. Miałem nie lada wyzwanie i problem tak naprawdę nie śpiąc dzisiaj gdzieś od godziny 24.. Aby pójść i pojechać. Na koniec miałem jeszcze problem z główną lampką, którą zabierałem na trasę Magishine F3.. A na trasie problem z ładowaniem akumulatorków, który zaczął być doskwierający już w okolicach Kamienia Pomorskiego. Problem ciągnął się za mną - będąc coraz mocniej wkurwiający aż pod Kołobrzeg.. Z małą przerwą przed Pobierowem gdzie na jakiś czas widmo porażki udało się oddalić. Potem się jednak sytuacja zemściła, i stawałem dosłownie co parę minut, wymieniając nie chcące się ładować akumulatorki. Nie wiem jakie szczęście sprawiło, że na mojej trasie pojawił się kolega MK ;) Był pod Kołobrzegiem w stronę Karlina, więc stał na mojej drodze, a może się znajdował się tylko w wiosce, przez którą przejeżdżałem.. Tyle, że do tego miejsca musiałem jakoś dojechać.. A to nie była łatwa i szybka droga.. W ogóle dzisiejsza trasa nie była przecież łatwa ani przewidywalna.. Na szczęście udało się ją szczęśliwie ukończyć po załatwieniu problemów z kamerką.. Czas przejazdu na baterii się wydłużał. W konsekwencji udawało mi się znów przejeżdżać 10-15 km bez zatrzymywania się i martwienia o rozładowujące się akumulatorki. I tak po ostatnie kilometry trasy, gdy już przekraczałem 190 km drogi, to już nieco forsowałem.. Prędkości rzędu 20-25 km/h były spotykane.. I mimo zmęczenia, niepewności i sporej drogi za mną dobiłem ostatnie kilometry robiąc malutką dodatkową pętelkę, będąc już przecież pod domem! Byłem przecież w Słudwiach, do Płotów zostało mniej niż 1 km. A ja skręciłem do Słudwi i pojechałem do Makowic.. Chciałem mieć te 220+ km. Na 230 już się nie forsowałem. Gdyby było jeszcze przed godziną 21.. To kto wie.. Ale w obecnej sytuacji no niestety nie.. Do tego złapała mnie mała kontuzja. Coś sobie na lewej nodze naciągnąłem (pod kolanem z tyłu). Już w okolicy 150 km dzisiejszej trasy coś takiego poczułem nieprzyjemnego.. Ale boleć zaczęło mnie dopiero w domu, przy chodzeniu, stawaniu :) Skończyło się to na bolesnym epizodzie ze skurczem. No ale jakoś minęło.. Jedyne co nie mija to wspomnienia z dzisiejszej podróży! ;)
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1
ID wpisu: 650
Trasa nr [łączna]: 732
Trasa nr [na blogu]: 646
W tym tygodniu: 3
W tym miesiacu: 1
W tym roku: 126
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 723 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 637 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 9 dni
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 3753 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 3976 km
Maksymalna prędkość: 37.3 km/h
Przejechałem: 222.99 km
Przejechałem [msc]: 222.99 km
Przebieg roweru [rok]: 5412.08 km
Przebieg roweru [suma]: 27977.81 km
Przejechalem w 2020: 5412.08 km
Podroż dookoła świata (2020) 13.5302 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 69.9445 [%] km
Czas jazdy: 13:07:29 h
Czas Jazdy Suma (ever): 1766:08:08 h
Czas Jazdy Suma (blog): 1542:42:00 h
Czas Jazdy Suma (2020): 344:18:40 h
Czas Jazdy Suma (w tym msc): 13:07:29 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 13:07:29 h
Średni czas jazdy w tym roku: 02:43:57 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:22:24 h
Średnia: 17 km/h
Dzisiejsza wyprawa zaczęła się z porankiem, gdzieś w okolicy 3:30 wyszedłem z domu. Na trasę byłem spakowany i przygotowany. Szykowałem się wczoraj, pompowanie powietrza, sprawdzenie wszystkiego. No prawie. Nie sprawdziłem lampki Magishine F3.. Byłem pewny, że jest naładowana i wszystko jest OK. I wszystko zadziała. A jakie było zaskoczenie gdy w ciemności wyprowadzam Aurelię w mroku otulonym gęstą mgłą.. A lampka się nie zaświeciła.. Nic na to poradzić nie mogłem. Trzymała mnie tylko myśl, że koło godziny i zrobi się jaśniej. I faktycznie.. Już za Truskolasem (wzdłuż mojej ulubionej drogi DW108) było jaśniej i robiło się mocno klimatycznie. Przez większość nocy utrzymywała się mgła i może dlatego nie mogłem spać. Często jak jest mgła to nie mogę spać.. Dzisiaj może to nie był jedyny powód, w końcu fascynacja jazdą też dawała o sobie znać. W końcu nie często się robi tak wielkie trasy! A to przecież coś znaczy co nie? :D Dla mnie to indywidualny rekord. Tylko jakby na to nie patrzeć każdy zawodowiec powie, że 200+ na rowerze to już jest naprawdę coś. A jakby tak zrobić 300+? O.. To już w ogóle. Tyle, że dzisiaj zrozumiałem, że raczej na 300 nie mam szans, co nie oznacza, że nie mogę spróbować :) W końcu mogę spróbować i pojechać do Poznania, mieć w centrum miasta nabite z jakieś 220-240 km (zależy jaką trasą pojadę). I pojeździć bezpiecznie po mieście, kierować się tam w znane strony, czy bardziej takie rozpoznawalne strony w mieście.. I zakończyć jazdę wtedy gdy już naprawdę nie dam rady. Najważniejsze: nie ograniczałby mnie czas. Nie musiałbym się spieszyć, szaleć jak dzisiaj. Mam nadzieję, że nie ograniczałyby mnie problemy techniczne. I wszystko byłoby do osiągnięcia! No ale do rzeczy - moja wielka trasa się zaczęła.. Wyjeżdżałem było ciemno, mrok otulał się w promieniach przydrożnych lamp, których blask zgasł już za granicami miasta. Wyjechałem ku przygodzie jadąc w stronę Golczewa. Spokojnie, stopniowo sobie jechałem.. Nie czułem chłodu - mimo, że nie było za ciepło. Temp. była w granicach 10℃. Ale ta wilgotność: 100%, i prawie wiatru nie było (3-4 km/h), sprawiało, że nie czuło się chłodu. Jechałem w długiej polarowe koszulce, i bluzie. Miałem też długie spodnie na sobie. I zimowe rękawiczki. Po drodze mijało mnie kilka aut. A tak byłem sam. Ze swoją wyobraźnią i zwierzętami, które obserwowały mnie z pól, z przydrożnych rowów. Ja ja też obserwowałem.. Choć najgorsza była ta mgła.. Może i piękna, ale też przerażająca i taka tajemnicza.. Im bliżej Golczewa tym było jaśniej, ale mgła wciąż się utrzymywała.. Im bliżej Parłówka tym słońce śmielej próbowało przebijać się przez mgłę. Były już późniejsze godziny 4 a potem 5 rano.. Ruch aut zaczął rosnąć. A ja dzisiaj niestety w pełnym wymiarze wschodu słońca nie oglądałem.. Mgła mi przeszkadzała :( Ale i tak było pięknie.. Wkrótce zrobiło się też niebezpiecznie gdy wjechałem na drogę DW107 na obwodnicy Parłówka. Jechałem nią do samego Kamienia Pomorkiego. I dopiero w Kamieniu a w zasadzie za Kamieniem w stronę Wrzosowa - Dziwnowa są drogi rowerowe. Wcześniej ich brakuje. A ruch aut był wprost nienormalny. I to co wyprawiali Ci kierowcy.. Było po godzinie 6 rano no może 7 się zbliżała. I tyle setek aut pędzących na złamanie karku?! I to tą kurwa drogą. A czemu nie pojechali S3 do Świnoujścia a potem po DW102, tylko skracają sobie drogę!? Od lat walczę z imbecylizmem proponowania tras alternatywnych nad morze.. To nie jest normalne.. Tak samo jak nie jest normalne naprawianie dróg.. To tylko zachęta aby mocniej zapierdalać.. No ale co poradzić. Może napiszę kilka słów o drodze DW107. Otóż jestem na niej pierwszy raz odkąd prowadzę bloga. Ostatni raz tą drogą do Kamienia Pomorskiego jechałem w 2015 r. Robiłem wtedy fajną trasę, którą do dzisiaj pamiętam. Przechodziła ona do Kamienia a dalej drogą DW106 powrót do Golczewa. Fajna ponad 100 km wyprawa.. :) Może ją powtórzę.. Jak już będzie po sezonie :) Samą drogą 106 od strony Kamienia już wracałem za czasów "bloga" :) To ta trasa: Bałtyckie Morze - Pobierowo. Tyle wspomnień :) Nie było jednak czasu na refleksje trzeba było jechać dalej! A dalej to już sam Kamień Pomorski, który się mocno rozwija. Informacje o sprzedaży działek pod zabudowę były na porządku dziennym. Cały rozwój miasta idzie w stronę Wrzosowo a dalej niebezpiecznie będzie się zbliżał do Dziwnowa, które właśnie wkrótce przelotnie mijałem. W Dziwnowie wjeżdżałem na drogę DW102. To tutaj rozwiązałem tymczasowo problem z ładowaniem się akumulatorków, który zaczął być uciążliwy.. I sprawiać kłopoty.. Pomogło pozwijanie kabla USB i ułożenie jakoś ładnie ładowarki w sakwie. W taki piękny sposób udało mi się dojechać do Pobierowa, minąć Pobierowo (miastem), minąć Pustkowo, Trzęsacz, Rewal i dojechać do Niechorza. W Niechorzu byłem gdzieś po godzinie 10:30.. W trasie jestem już parę godzin. I szukałem czegoś do zjedzenia. Nastawiłem się w ogóle, że kupię sobie gdzieś pączki. A ostatecznie nigdzie po nie nie zajechałem :( Za to w Niechorzu zjadłem sobie obiadek - karkówka (150g) z pieczonymi ziemniakami (200g). Całość w sumie nie drogo - 25 zł. To luksus ;) A normalny obiadek zawsze lepszy niż fasfood. Jedna z babek coś kręciła nosem, że niektórzy już po 10 zgłodnieli, to jak jej powiedziałem (nieco nad wyrost bo miałem dopiero 87-88 km), że mam już 100 km za sobą, jadę od 3 nad ranem, i zrobię drugie 100 to już mam prawo zgłodnieć ;) No a zresztą - przecież mieli otwarte i wszystko co serwują już przygotowane.. To w czym problem? ;) Gdyby nie to miejsce to znalazłbym inne. Po przerwie obiadowej pojechałem dalej z Niechorza na Pogorzelicę do końca drogi.. Gdzie zaczynały się tereny wojskowe, które ciągną się pod Mrzeżyno. Tutaj jest otwarta droga dla rowerów - ewentualnie pieszych - i dojazd do niej w zasadzie z każdej strony. Przez las, z jednego boku, z drugiego.. Wszystkie drogi prowadzą pod szlaban terenu wojskowego. Od razu jednak nie byłem pewny czy dobrze jadę. A na mapie nie mogłem sprawdzić, nie miałem sygnału GPRS.. A u mnie niestety mapy offine nie działają :) Brak łączności - więc musiałem przejść na łączność tradycyjną. Zagadałem do właśnie mijanego rowerzysty ;) Który okazał się być z Poznania, i też być zapalonym rowerzystą, co sporo jeździ, a w przeszłości jeździł jeszcze więcej na spore wielodniowe wyprawy! No i to jest konkret ;) On (aby było zabawniej mój imiennik XDDDD) wraz z żoną poprowadzili mnie nieco z boku, przez las gdzie miejscami nie dałem rady jechać (piach, wycinka drzew!!!) - do drogi prosto do Mrzeżyna. Oni już te dróżki tutaj ogarnęli, skoro od kilku dni nad morzem na rowerach.. To co się dziwić ;) Jeśli chodzi o drzewa i ich wycinki, to nie jest to odosobniony przypadek. Te barbarzyńskie nielegalne działania obserwowałem wzdłuż drogi DW108 za Golczewem, na drodze DK6.. I w kilku innych miejscach.. Skurwysyny jebane... No każda trasa musi być popsuta przez ten epizod no każda..
Nie będę się jednak zatrzymywał na wątku drzew.. W końcu jeszcze sporo kilometrów za mną. Tak naprawdę jeszcze do połowy trasy nie doszedłem. A zaczynał się już późny dzień.. O tej godzinie już dawno powinienem mieć ponad 100 km. A tym czasem jechałem dopiero do Mrzeżyna po pięknych, naturalnych stronach - wojskowych terenach gdzie nie ma mowy o nielegalnych wycinkach drzew. Choć za samą Pogorzelicą, w środku lasu, sporo arów drzew wycięli. I podobno mają tu budować jakiś wielki hotel.. I to ma być powód do wycinki drzew?! Drugim powodem będzie pociągnięcie drogi do tego hotelu, bo po za leśnymi ścieżkami to żadnej nie ma.. Masakra.. Ale nie będę się tym przejmował. Piękno lasu i natury za Pogorzelicą w stronę Mrzeżyna wprost zachwycało. Tylko ta droga przez wojskowe tereny.. Wysiana kamieniami.. Po kilku minutach, miałem już dość tej jazdy.. A może mi się tak spodobała, że się rozpędziłem za mocno, i dojechałem pod zamkniętą bramę. I musiałem się cofnąć. Minąłem zjazd do lasu oznaczony jako droga rowerowa do Mrzeżyna. Ona niestety nie idzie mocno prosto, a trzeba zrobić mały nadmiar drogi, objechać wojskowe bazy. I dopiero wyjeżdża się w Mrzeżynie.. Z którego wkrótce ruszyłem do Kołobrzegu. Tu jest jeden plus i minus zarazem. Ciągnąca się cały czas droga rowerowa przez Rogowo, Dźwiżyno, Grzybowo po sam Kołobrzeg. Na tych drogach jednak pełno dzieci, pierdolonych elektrycznych hulajnóg i innego gówna. Właśnie pod Rogowem miałbym zderzenie z czymś takim, co nielegalnie jedzie po drodze rowerowej.. Gościu dał jeszcze dziecku prowadzić, ten od razu nie utrzymał pojazdu i mocno w bok mu uciekł, a ja właśnie byłem po ich lewej stronie - wyprzedzając ich.. Jak ja nienawidzę takich urządzeń.. Inne nieprzyjemne zdarzenia to po prostu zbyt dużo pieszych, co się wszędzie kręcą, te cholerne dzieci i ich rowerki.. No ja w wieku kilku lat nie jeździłem na rowerze. Taki wiek to za mały aby dawać dzieciom zabawę i puszczać między ludzi, auta.. Gdzie ci turyści mają rozum?! A im dalej tym gorzej, bo już od Grzybowa, na drodze rowerowej zaczynały się co kawałek zejścia na plażę. Jeszcze więcej pieszych.. A mnie powoli wkurwiała coraz bardziej ta pierdolona ładowarka do kamerki, te stawanie co chwila, dosłownie 5-10 min. Już byłem zdenerwowany i wszyscy dookoła nie pomagali. Aż w pewnym momencie gdzieś pod Grzybowem wpadłem na genialny pomysł. Dzięki niemu dojechałem do Dygowa pod Kołobrzegiem gdzie problem z ładowarką został rozwiązany ostatecznie.. Miałem do tego miejsca jeszcze koło 20 km. Gdybym miał dalej tak często walczyć z akumulatorkami ja bym te 20 km ze 3h robił. A to się powoli mija z celem.. I tak straciłem sporo czasu na te walki.. Przez to nie udało mi się dzisiaj zrobić 230 km. No ale do rzeczy co zrobiłem. A zrobiłem taki patent, że powiesiłem lżejszy powerbank (zapasowy) na kierownicy, i kabel z ładowarką obwiązałem o lampkę. Na jakiś czas to działało. Nawet jeśli się rozłączało to na chwilę i miałem to pod kontrolą. I tak musiałem stawać na wymiany akumulatorków bo jednak było za mało czasu aby zdążyły się lepiej naładować, i tak jakoś dojechałem do Kołobrzegu, jakoś te miasto minąłem i jakimś cudem do drogi DW163 dojechałem. W Kołobrzegu niby się kiedyś tam za dzieciństwa bywało. Ale jakoś tego miasta nie znam i nie ogarniam ;) Od strony Grzybowa / Mrzeżyna to już w ogóle.. Abstrakcja! Gdzie ja jetem? Oo No ale najważniejsze, że trafiłem, trafiłem na drogę w stronę Wałcza. I co już mniej ważne nikt mnie tam nie zabił ;) Robiła się późna pora, słońce ładnie grzało.. I najwidoczniej niektórym mózgi wygrzało.. Bo to co się dzieje na drodze DW163 (Kołobrzeg - Wałcz) przechodzi ludzkie pojęcia. Tysiące aut, pchają się na siłę, wyprzedzają na czołówkę. Niektóre auta aż musiały zjeżdżać z drogi by się z debilami nie walnąć. A takich sytuacji aż tak poważnych było co najmniej kilkanaście na nieco ponad 30 km odcinku drogi. To jest koszmar. I tym się powinni jebane nieroby z policji zająć. A nie zajmować się zastraszaniem i UBywateli, i ich upodlaniem związku z wyimaginowaną epidemią jakiegoś COVIDA. Co to za jakiś COVID?! Wymysł aby zniewolić ludzi. Ale dobra.. Jechałem.. Jechałem.. Do Dygowa dojechałem. Tam spotkałem się z kolegą MK. Po jego konsultacji okazało się, że winę za całą sytuację ponosi kabel USB.. A nie ładowarka.. Ehhh. A myślałem aby wziąć zapasowe kable.. Ehhh.. No nic.. Dobrze, że kolega mi pożyczył od siebie jakieś USB.. I mogłem wkrótce jechać w dalszą drogę. Odpuściłem sobie już myśl robienia 230 km. Pozostałem na 220 km. I pojechałem do Karlina wzdłuż DW163. I z Karlina po DK6. Ciągnęła mi się ta droga, i męcząca była.. Sporo pod górkę miałem :) Ale dawałem radę. Robiłem już interwały po ok. 10 km. A gdzieś w okolicy 170-180 to już nieco krótsze. Dłuższych już nie dawałem rady robić :( Gdzie mogłem tam jechałem nieco szybciej, choć oficjalnie chciałem przyspieszyć dopiero od 195 km. Liczyłem tak do 220 km, to te ostatnie 25 km, mogę nieco przyspieszyć nic się nie stanie. Jakbym tracił siły to zawsze zwolnię ;) Ale i tak przyspieszałem prędzej. A postoje? Różnie, już pod koniec różnie. Im bliżej tych 200 km, a potem już na granicy ponad 200 km - to częstsze. Choćby z powodu zdjęć ;) Na polach, w ten piękny dzień pracowało wiele kombajnów.. A ja bardzo lubię kombajny! Lubię za nimi jeździć, lubię je obserwować! Dzisiaj miałem ku temu okazję!! Ahh ;3 Mm ;3 :) Cudownie.. I ostatnie kilometry.. Ostatnia próba! Wjazd przez Słudwia na Dobiesław. Pożegnanie dnia. Przepiękny zachód słońca. Powolny atak robaków, i zmęczenia. A jeszcze czekała mnie droga przez Czarne i kawałkiem po lotnisku w Makowicach. Aż w końcu dojeżdżam do wsi Makowice.. Skąd już pędzę 20+km/h ile mogę.. Zbliżam się do 220 km.. I przekraczam je pod swoją miejscowością, pod moją małą ojczyzną w Płotach.. Coraz bliżej zmroku i końca dnia.. Pozostają mi do zrobienia ostatnie 3 km.. I dzielnie walczę do końca.. Na samym końcu trasy, pod moim osiedlem, moim blokiem - podziwiam wielki księżyc, który z uśmiechem na mnie patrzy jakby chciał mi pogratulować ;) Heheh. A ja już wracam.. To koniec mojej próby i dzisiejszej trasy, na której w sumie mało zjadłem (i kanapek), i mało wypiłem (z jakieś 2x1,5L wody i 3x1,25L oranżady czerwonej Hellena). Ze słodyczy też niewiele zjadłem - ot, nie całe opakowanie żelków. Więc jak to możliwe, że dałem radę pojechać aż tyle na tak małym asortymencie? A może pomogła mi moja własna masa, które może trochę się skurczyć ;) A któż to wie, a któż to wie.. :) Nie mniej cieszę się ze sukcesu. Naprawdę jest z czego! ;) Teraz z niecierpliwością czekam na przyszły weekend (08-09.08) - wyjazd z Gryfusem na szlak Muru Berlińskiego (180 km/2dni). A kolejnym wyzwaniem pod koniec miesiąca mogłaby by być wspomina dzisiaj kilkukrotnie trasa na Poznań.. A jak to będzie, jakie jeszcze przygody przede mną, kolejny wpisy wam na to odpowiedzą! A teraz kończąc już ten dzisiejszy wpis: gorąco zachęcam do przejrzenia, przeczytania wszystkich pozostałych wpisów na blogu. We wszystkich latach.. To w końcu chronologiczne wydarzenia, które przez zloty i upadki doprowadziły mnie do momentu w którym znajduję się obecnie: Ja i moja Aurelia..! :* :)
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)