Dzisiejsza trasa - kolejny dzień kolejna trasa, można by rzec, że kolejna przygoda. Pewnie normalnie bym tak pisał, w normalnych warunkach ale nie dzisiaj. Wszystko przez durne pomysły MM, gdzie będę podkreślał, że byłem im przeciwny ;) Lepiej nudno jechać asfaltem ale za to bezpiecznie niż pchać się ku wątpliwej przygodzie. Przeszłość już dość wyraźnie dała tutaj o sobie znać: Pożegnalna trasa. Nie minęło dość dużo czasu od tych wątpliwych przygód, by można było o nich zapomnieć i w wierutnej głupocie, w szalonym pędzie rzucić się ku kolejnym przygodom. Kończy mi się spray na owady, ale nawet on średnio działa na te krwiożercze końskie muchy, których w tym roku jest wyjątkowo dużo. To jest prawdziwa wylęgarnia tej latającej patologii, którą można spotkać dosłownie wszędzie. Byłem już setki razy w tym roku przez nią pogryziony. Tak sobie właśnie zdałem sprawę, że przecież im więcej się jeździ (dajmy na to dolna granica 5k km/rok), tym więcej sumują się w rowerowym roku różne niekoniecznie dobre wydarzenia - tj. szaleńcze popędy samochodziarzy, stwarzających coraz większe zagrożenie na drogach, czy konsekwencje bycia narażonym na ugryzienia przez wszelakie robactwo. A tego począwszy od minionego już dawno, i pozostającego w mojej pamięci roku 2020 jest coraz więcej! Jak nie komary, które nie odpuszczały nawet późną jesienią, to niebywale wielka liczba much, które wciąż żrą i żrą. A nadmienię, że w mym idealistycznym świecie, po ciężkich trudach mijającego dnia w ciężkich intelektualnie pracach - w końcu nadrobiłem wszystkie wpisy na blogu, wszystko porobiłem - a także uzupełniłem za okres Lipca 2021 r., raport części & kosztorysu naszego wspólnego pożycia z Aurelią. W nagrodę mogłem mimo wszystko jechać. Mimo trudów jakie obarczały ostatnie niezbyt udane dni, które wiązały się z dodatkowymi niepotrzebnymi wydatkami. A to, w połączeniu z poczucia krzywdy wyrządzanej mojej lubej Aurelii, musiało się skończyć tak, że ktoś kto nieumyślnie mi się nawinął.. Został obarczony winą za wszelkie niepowodzenia jakich doświadczam. No ale nie ważne. W zamyśle miałem piękny plan. I realistyczny. I co najważniejsze: bezpieczny. Aby jechać do Konarzewa za Jarchlino. Nawet znalazłem tam krótszą drogę, skrót od Łosośnicy - ok. 1,5 do 2 km w jedną stronę. I byłoby to zgoła lepsze rozwiązanie niż i tak nieprzejezdna leśna droga za Iglicami w stronę czegoś co trudno nazwać drogą - to coś łączy Wicimice z Dobrzycą. A nade wszystko nadal pojawiają się jeszcze jedne trudności. Na końcu dobrej szutrowej leśnej, choć niebezpiecznej przez męczące robactwo drogą, wychodzącą w Łabuniu Wielkim. Tam nie było przejazdu, tylko męcząca droga. I jak tu nie mieć pretensji do MM, że ma takie durne pomysły?! A przecież mówiłem mu, że to tak się skończy. Znacznie lepiej było jechać do tego Konarzewa. Zwiedzać niedostępny normalnie dworek. Mam obawę, że jak decydenci dowiedzą się, że jest luka, dziura w zabezpieczeniach to zostanie ona zlikwidowana. I nie będzie tam wstępu. Stąd nie chciałbym zostawiać tej wycieczki na później. Tylko mimo wszystko jechać tam jak najszybciej, o choćby jeszcze dziś.. Marnym pocieszeniem było odwiedzenie Iglic. To był pomysł MM, a potem nie chciał nawet wejść do pałacyku. A przecież wejście jest już znacznie przystępniejsze niż miało to miejsce jeszcze parę miesięcy temu czy w zeszłym roku, gdy trzeba było przeskakiwać przez dziurę w murze z rowerem.. Teraz się elegancko wchodzi jak dawniej.. Więc nie wiem w czym problem..
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1 * Poprawka licznika z powodu bugów 2021 r. Wartość jak na zdjęcu licznika.
ID wpisu: 880
Trasa nr [łączna]: 961
Trasa nr [na blogu]: 875
W tym tygodniu: 6
W tym miesiacu: 19
W tym roku: 135
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 952 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 866 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 9 dni
Stan Licznika Poczatkowy: 894.11 km
Stan Licznika Końcowy: 944.85 km
Stan Licznika Końcowy2*: 945.22 km
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 13516 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 13567 km
Maksymalna prędkość: 32.8 km/h
Przejechałem: 50.74 km
Przejechałem [msc]: 945.7 km
Przebieg roweru [rok]: 5626.03 km
Przebieg roweru [suma]: 37637.39 km
Przejechalem w 2021: 5626.03 km
Podroż dookoła świata (2021) 14.0651 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 94.0935 [%] km
Czas jazdy: 03:31:53 h
Czas Jazdy Suma (ever): 2378:15:43 h
Czas Jazdy Suma (blog): 2154:49:35 h
Czas Jazdy Suma (2021): 354:15:55 h
Czas Jazdy Suma (w tym msc): 59:18:20 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 03:07:17 h
Średni czas jazdy w tym roku: 02:37:27 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:26:55 h
Średnia: 14.43 km/h
Trasa z dnia dzisiejszego już po południu, w szaleńczym tempie poprowadziła mnie na Resko, wzdłuż drogi DW152, pełnej samochodziarzy. Widać, że wakacje trwają pełną parą, skoro jest tyle samochodów na drogach i to nawet w weekend. Świat staje się coraz mniej przyjaznym miejscem. Miałem już takie negatywne skojarzenia związane z dniem wczorajszym, spędzonym w Szczecinie: ZS: Papiernia 2 & Olejarnia. Jak można mieszkać w mieście, to przecież nie jest strefa do życia. Tyle tych cholernych samochodów co tam widziałem - głównie na ul. Gdańskiej, na dojeździe na autostradzie A6. Tyle przecież aut przez tydzień albo nawet przez miesiąc nie jeździ w moich najbliższych stronach tj. po całych Płotach czy Gryficach razem wziętych. Dzisiaj się jednak okazuje, że nawet wieś przestaje być przyjazna ze względu na atak robactwa. Nigdzie nie idzie się dostać, nigdzie nie idzie się przejechać. Wszystko jest zrujnowane, zniszczone. Drogi leśne poniszczone, porozjeżdżane a teraz na domiar złego zasypane sypkim piachem. A stanąć tam też nie stanie się bo jest tyle robactwa. A przecież wszystko mogło iść w ładną, piękną stronę gdyby nie niczym nieuzasadniony antyrowerowy upór MM ;] Wymyślił sobie durne ograniczenia czasowe, i powrót do tej krainy nepotyzmu jaką jest ta wielka (przynajmniej dla mnie), bo to najbliższe miasto - do Szczecina. Zawsze dążyłem do tego aby stamtąd wyjeżdżać a nie ochoczo tam powracać. Gdybym jednak wiedział jak potoczy się ta anty przygodowa trasa z dnia dzisiejszego to nie wiem czy bym na nią pojechał. Wodzony jednak dobrą wolą, znowu naiwnie gnałem na Resko co sił, co możliwości - a wiatr, a upał (temp. dochodzące do +28℃), i silny wiatr nieco utrudniały mi jazdę. A mimo to dojechałem do Reska, pod jego dom w miarę szybko - nieco ponad 12 km w nie całe 40 min. Miałem nadzieję, że tenże MM, nie mówiąc anty-sportowiec ruszy w stronę Łosośnicy szybciej niż ja do Reska dojadę. W końcu i tak bym go dogonił. A skończyło się jak zawsze. Oczekiwaniem nim ruszy. I co chwila zmianą zdania co do przebiegu dalszej trasy. Najpierw Łabuń Mały na Łabuń Wielki. Jeszcze pomysł by jechać do Iglic był do zaakceptowania, ale nie lasem! Stąd skrótem, który niezbyt przyjemnie mijał, wróciliśmy na połataną drogę grozy z Łabunia Wielkiego na Iglice. Kres podróży był w Iglicach, gdzie z nie wiadomych przyczyn MM, nawet nie chciał wkroczyć, choć na chwilę do pałacyku. Przecież jak już się tu jest to wypadałoby iść, nie? No ale w końcu wszedł, lecz zaraz uciekł. Uciekł knuć kolejne durne pomysły jakimi był powrót leśną drogą w stronę Dąbia. Nie są to przyjazne i dobre strony. Walka o przetrwanie trwała w najlepsze. I trudno nazywać to przygodą. Za nami cała chmura tego robactwa, gotowa atakować i zabijać by samemu przetrwać.. Kilka kilometrów takiej męczarni, straconego czasu i w końcu Łabuń Wielki. Powrót na asfalt, jaki by nie był to jednak asfalt. Wiązało się to jednak z dziwnym zachmurzeniem nieba. Jakby na deszcz czy burzę szło. I tak towarzyszyły mi dziwne niezbyt przyjemne odczucia, związane po tej nie planowanej leśnej wycieczce, która coraz bardziej ciągnie mnie w dawne dobrze utarte schematy: unikania takiego jeżdżenia. A już szczególnie w okresie letnim, w okresie szczególnego wylęgania się robactwa. Ostatnie kilometry do Reska minęły spokojnie. Nie gorzej minęła moja ostatnia droga z Reska do domu - utrzymywałem głównie prędkość zbliżoną do średniej 20 km/h. Realnie może z 18-19 km/h wyszło. Nie najgorzej. Gorsze były nawiedzające mnie myśli i przemyślenia związane z samochodziarzami. Już parę dni temu takie miałem ale ich nie spisywałem. Teraz na nowo powróciły. A rzecz szła o to, ile ci samochodziarze tych kilometrów kręcą tymi samochodami w tym czasie gdy ja jadę swoje odcinki rowerem? Robię po ileś km dziennie. Spędzam ileś czasu na ruchliwych drogach. To wszystko w skali roku się kumuluje. Im większe pokonuję odległości tym bardziej. Moje pierwsze myśli tyczyły się tego ile dokładnie mijam samochodów choćby na mojej ulubionej i najczęściej jeżdżonej drodze DW108. I ile oni robią km tylko na odcinku drogi DW108 (cała ma nie całe 40 km). Jaka będzie to suma, tych wszystkich mijanych aut, zakładając, że min. robią te 18 km (Płoty - rondo pod Golczewem, skrzyżowanie DW106). Czy będą to miliony km? Czy tylko setki tysięcy? (co najmniej 100 001 km w sumie). Dzisiaj rozwijałem te myśli, rozważania o szersze podejście. Ile te samochody, które mijałem tylko dzisiaj w sumie zrobiły km. I jakby tak każdy mój rowerowy dzień zsumować i przebiegi każdego auta ile byłoby to km? Setki milionów? Więcej? A jakby policzyć ile te samochody robią km rocznie przez każdy dzień w roku. Tylko te które mijałem? To będą przecież miliardy kilometrów. Średnio tylko jedna ciężarówka robi 20 tyś km/msc. A więc 240 000 km/rok. A ja tych ciężarówek mijam tysiące. Miałem jeszcze inne warianty moich przemyśleń. Ile te samochody zrobiły dzisiaj km, jadąc od celu swojej podróży bądź domu (rozważając ich różne, czasem dalekie tablice rejestracyjne) - dosłownie z całej Polski, a także wielu regionów Europy. Najdalsze jakie widywałem były z Włoch i dalekich stron Niemiec. I to tylko dzisiaj. Gdyby jeszcze się tak dało to wszystko podliczyć..
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)