19.09.2020
Jazda nr: 677

Tagi: MK, WG, MM, KW, iglice, urbex, drzewa, makowice, zach_slonca, wiejskie_przygody |

Dzisiejsza wielka wyprawa jest planowaną od tygodni wycieczką, która niestety nie została przeprowadzona tak jak sobie to zaplanowałem :( To miał być cykl cyklicznie powtarzanych wypraw, dopóki będzie oczywiście gdzie jeździć, bo znak czasu i skurwysyny, którzy przyjeżdżają grabić te miejsca, a przy okazji bardziej je niszcząc - przyczyniają się do szybszej agonii miejsc, które miałyby być w przyszłości odwiedzane w ramach cyklu: "Objazdu Pałacykowego". Zamiast tego jest normalna trasa na Pałacyki, taką samą drogą jaką już tą trasę robiłem: Pałacyki "Trzech Króli". A to wszystko przez nic innego jak czas. Gdyby nie ten ograniczający swobody element to udałoby się zrobić trasę w planowanej formie ;) Choć kolejnym problemem byłyby drogi leśne i polne. Te są zbyt rozjeżdżone przez skurwysyńskie auta, ciągniki i innych bandytów, którzy wszystko dookoła niszczą i psują. A ja po prostu nie jestem wstanie w tym piachu jechać. Wszystko jest tak zorane, zniszczone. Do tego wysuszone, już od dawna nie padało, temp. w ciągu dnia przekraczają +20℃. Sucho, piaszczysto.. A mnie to już tak zaczyna denerwować. Ja się już w tym roku tyle lasami najeździłem, i takimi drogami, że mam tego dość. Na dodatek mam dość drogi między Radowem Wielkim a Reskiem. W obydwie strony oczywiście. W mojej planowanej wersji trasy objazdu pałacykowego nie byłoby to problemem bo bym tą drogę omijał a tak niestety przyszło mi po niej wracać.. I nie było dobrze.. No dobrze, słowa wstępu tylko wstępem pozostają a zew przygody wzywa! Na początku dzisiejszej wyprawy jeszcze przed nią napisałem takie piękne słowa, które idealnie będą obrazować dzisiejszą wyprawę: Oczekując na nieznane nowej przygody czar poznawać! Ni mróz, ziąb nie przestraszy nas, bośmy już ruszać gotowi!. Zaczyna się ona rano, wyjeżdżałem koło godziny 8 rano gdy było jeszcze zimno, dachy domów, roślinność na polach, i ciągnące się gdzie nie gdzie zostawione oznaki lasów - śmieci ludzkie jeszcze nie wszystko zdążyli wyrżnąć, ale to spokojnie, proces nadal trwa... Wszystko w szronie osadzone. Z rana chłodne powietrze i utrzymujący się mróz.. A nowej przygody czas było już zacząć. Do ostatniej chwili miałem nadzieję poprowadzić ekipę zdobywców, kolegę MK i jego towarzyszy - dzisiaj gościłem ludzi prowadzących lokalny Urbex ze Szczecina (history.pl). Niektórzy się zabierali tu do mnie jak sójki za morze, od miesięcy ;) Najszybciej wpadł kolega MK, któremu się Pałacyk w Iglicach, który był dzisiaj główną atrakcją najbardziej spodobał: Iglice: "Pałacyk jak ze snu" - Marzec. No i ten dzisiejszy wyjazd ;) Długi, męczący ze zmienną o skrajnych porach pogodą - z rana zimno, i przymrozek, w ciągu dnia bardzo ciepło, że można w krótkich spodenkach i koszulce latać a na wieczór, gdy już zmrok otacza nas - znów chłodniej.. Pełna tajemnic i przygód trasa. Szybko jednak musiałem zrezygnować z planów prowadzenia wycieczki okrężną drogą przez Słudwia - Dobiesław - pod Komorowo a dalej Mokronos po Łabuń Wielki i Iglice. Czas, czas mocno dawał się we znaki. Towarzysze podróży koniecznie chcieli wracać o godzinie 18 pociągiem.. A nie spodziewanie dla mnie, bo tego w czasie nie przewidywałem wszystko co związane z historią bardzo im się podobało! O choćby dworzec PKP w Płotach :O Każdy kościół i cmentarz musieli spenetrować.. A w moim zamyśle była prosta droga do Iglic i tam dłuższy postój i zabawa ;) Przygotowałem z kolegą MM małą grę zespołową, porysowaliśmy strzałki, daliśmy podpowiedzi jak szukać ukrytego upominku w postaci 0,5L vódki :D Była zabawa, a nie tylko ona odgrywała tu dużą rolę a także wyjątkowy klimat miejsca i wiejskie drogi jakie do niej prowadziły. Wiejskie strony wzdłuż drogi DW152 do Reska, pełne aut i niebezpieczeństw.. A także już klimatyczne strony Łabunia Małego i samych Iglic dopełniały uroku dzisiejszego wyjazdu, którym najdłuższym i najważniejszym postojem były Iglice, pałacyk w Iglicach i to nie tylko dla mnie było to ważne miejsce a także dla towarzyszy, którym się bardzo podobał. Ba na tyle im się podoba, że możliwie jak najszybciej chcą tu wrócić - by spędzić tu więcej czasu i dobrze poznać to miejsce, którego czas i skurwysyny w postaci ludzkiego pomiotu nie oszczędzają. Niszczeje te miejsce coraz mocniej.. I coraz bardziej jest ograbiane ze wszystkiego co można sprzedać. Zgnite podłogi, bele, sypiące się ściany. Nie jestem obiektywny zbyt często tu bywam szczególnie wciąż trwającym 2020 r. - ale zdaje mi się, że z miesiąca na miesiąc jest coraz gorzej i zdaje mi się, że ten Pałacyk już długo nie wytrzyma.. Niestety. Zgodnie z przewidywaniami w Iglicach spędziliśmy więcej czasu, ale nawet więcej niż się spodziewałem. Było koło godziny 12 czy nawet po 12 gdy stąd ruszaliśmy w dalszą, wcale nie krótszą i nie łatwiejszą drogę. Przed nami jeszcze sporo kilometrów i wyzwań! W tym miejscu nadmienię, że podczas dzisiejszej trasy - gdzieś po pokonaniu 70 km - przekroczyłem kolejną granicę w pokonanych kilometrach w mojej rowerowej historii - granicę 7 000 km! :) Na koniec trasy mam ponad 7 000 km. A moja dzielna Aurelia coraz bardziej zbliża się do granicy 30 000 km i kolejnej trasy typu "ile km? Aurelio" :) Pierwszy raz w naszej historii - w jednym roku kalendarzowym - odbywać się będą dwie takie trasy. I w zależności od tego jak ułoży się pogoda i nasze dalsze wspólne losy - być może trasa (30 tyś Aurelio) nastąpi jeszcze we Wrześniu - lub co bardziej prawdopodobne wciągu pierwszego tygodnia października. Można oczekiwać i mieć nadzieję, że pogoda będzie jeszcze ok.. I uda się :) A już zaplanowaną wyjątkową trasę, podczas której odwiedziłbym wyjątkowe dla mnie strony i miejsca a także nie odwiedzaną od lat Wyspę Chrząszczewo. A tak zapytam, może pozostanie to bez odpowiedzi, ale czy ktoś z czytelników, szczególnie tych, którzy znają mnie i blog od lat, coś kojarzą z nazwą Wyspy Chrząszczewo, i z jaką historią się ona wiąże? Podpowiem, że był to 2017 r. Kawał historii, i wiele tras temu ;) Co by jednak nie mówić, ja o tym wciąż dobrze pamiętam - mimo, że było to 19,5 tyś km temu..
brak

* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1
  • ID wpisu: 681

  • Trasa nr [łączna]: 763
  • Trasa nr [na blogu]: 677
  • W tym tygodniu: 5
  • W tym miesiacu: 12
  • W tym roku: 157

  • Trasy unikalne [dzień = trasa]: 754 dni [łączna]
  • Trasy unikalne [dzień = trasa]: 668 dni [na blogu]
  • Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 9 dni

  • Stan Licznika 2* Poczatkowy: 5494 km
  • Stan Licznika 2* Końcowy: 5587 km

  • Maksymalna prędkość: 34.7 km/h

  • Przejechałem: 93.2 km
  • Przejechałem [msc]: 574.14 km
  • Przebieg roweru [rok]: 7021.85 km
  • Przebieg roweru [suma]: 29587.58 km

  • Przejechalem w 2020: 7021.85 km
  • Podroż dookoła świata (2020) 17.5546 [%] km
  • Podroż dookoła świata (łączna) 73.9689 [%] km

  • Czas jazdy: 05:34:13 h
  • Czas Jazdy Suma (ever): 1868:37:57 h
  • Czas Jazdy Suma (blog): 1645:11:49 h
  • Czas Jazdy Suma (2020): 446:48:29 h
  • Czas Jazdy Suma (w tym msc): 36:40:17 h
  • Średni czas jazdy w miesiacu: 03:03:21 h
  • Średni czas jazdy w tym roku: 02:50:45 h
  • Średni czas jazdy do tej pory: 02:24:57 h

  • Średnia: 16.74 km/h
Nie przedłużając trasa trwała dalej, a my jechaliśmy przez Potuliny do Żelmowa. Kawał drogi, bardzo zwodniczej i niepewnej, podczas której eksperymentalnie członkowie dzisiejszej ekspedycji chcieli się odłączyć, pocisnąć szybciej niż ich przewodnik.. :) I trafić tam beze mnie, ufając takim wynalazkom jak TELEFON i GPS. A prawda jest taka, i przykład z trasy: Trasa Jeziorki Wałeckie - Białogard - przykład używania w praktyce tej technologii - liczy się tylko i jedynie technologia manualna - tudzież drukowana mapa ;) A nie jakieś tam telefony i te wymysły. Wszystko sprowadza się do ograniczenia czasowego. Rolę przewodnika przejął MK - i gnał z naszymi turystami do Żelmowa, odłączając się ode mnie za oborą w Potulinach. A ja sobie spokojnie jechałem dalej :) Mijałem wieś Gardzin, Sosnowo i jechałem do Łagiewników. Po drodze jest parę wzniesień, które nie jednego odważnego wędrowca są wstanie sprowadzić na ziemię ;) Nie dałem się jednak małym trudom i jechałem spokojnie dalej po to aby swoją ekipę padniętą ze zmęczenia dogonić w Łagiewnikach ;) Nie będę tu słów szczędził i klawiatury no ale nie popieram takiego bezmyślnego ciśnięcia.. To nie są zawody z Gryfusem.. Co podkreślałem wielokrotnie. Podkreślałem także, że jazda na czas się nie uda. Jakby nie można było sobie spokojnie jechać, nie byłoby się zmęczonym. Stanąłem tam z nimi na dłużej choć mogłem na spokojnie jechać dalej. I tak jechaliśmy dalej aż znowu mi uciekli do Lubienia Górnego. Tam telefon im drogi nie wskazał i z daleka im pokazywałem, że w lewo na Dorowo. W Dorowie znowu dogoniłem wędrowców.. Ten pierdolony telefon i zajebany GPS chciał ich prowadzić przez nie wiem jaką drogę, ale pokazywał im kierunek na Karwowo, gdzie by się wjebali w takie atrakcje, że życzę powodzenia ;) Wskazałem im drogę na Święciechowo a z niego prosto na Węgorzyno. Tam już prosta droga, jadą cały czas prosto, cały czas prosto aż będą widzieć znak nakazujący skręcić w prawo na Żelmowo. Do Święciechowa jechaliśmy prawie razem ;) Tzn. tutaj ja prowadziłem goniąc 30+km/h.. Dopiero na drodze z Święciechowa pojechali razem sami.. A ja jeszcze stawałem po drodze, akumulatorek wymieniałem, chwilę sobie przerwy zrobiłem i ostatni raz towarzyszy widziałem za Radowem Wielkim. Potem mi uciekli. Z tymże ja sobie na spokojnie dojechałem do Żelmowa.. Wpakowałem się na pałacyk a ich nie ma. No co zyskali? Kilka minut? A przypłacili to tym, że odpoczywali pół godziny i nie zwiedzali. Więc nie zwiedzili na dobrą sprawę PGRów pod pałacykiem w Żelmowie, ani na dobrą sprawę dawnej gorzelni. Jedynie wbiliśmy się i to nie na długo do pałacyku w Żelmowie gdzie była niespodziewana atrakcja, która mogła się różnie skończyć. Pod kolegą MK zawaliła się podłoga, wpadł w szafę w dawnej prawdopodobnie czytelni, gdzie są przepiękne drewniane ozdoby, z takimi twarzami w drewnie wyrzeźbionymi.. Koledze się na szczęście nic nie stało, trochę poobijany i brudny ;) No ale żyje.. Jego dron też przeżył.. A wkrótce trzeba było wracać. Tu zaczyna się ostatni aspekt dzisiejszej historii. Rozdzieliliśmy się. I przez to towarzysze źle pojechali, pewnie wierząc telefonowi albo swojej intuicji zamiast mi.. Zamiast skręcić w prawo na Radowo Wielkie, skręci w lewo na Nowogard. I tam już zostali oczekując na pociąg, mając na niego jeszcze godzinę czasu - więc spokojnie zdążyli. Ja też zdążyłem wrócić - na spokojnie, bez pośpiechu. Do Płot na 18 na dworzec też byśmy dojechali nawet z moim spokojnym tempem. Ewentualnie w ostatnich km jakby czasu miało brakować to by się trochę przyspieszyło ;) I wtedy nawet samemu by pognali. No nie ma co, ograniczenia czasowe są złe, i nie powinny mieć zastosowania. A tym czasem nie jechałem już na Płoty bo to bez sensu, odbiłem na Czarne i pojechałem na lotnisko gdzie robiliśmy ognisko ;) Tu u wujka, który robi na ochronie lotniska zasięgnąłem języka odnośnie tych zasranych rur. Potwierdziło się to co przypuszczałem na ostatniej trasie: Makowice-Lotnisko: Pożegnanie rur. Tych zasranych rur jest za dużo.. I to na razie tak zostanie. Raczej nie znikną tak szybko a gdy już znikną to od razu wszystkie i do końca.. A to nie jedyny mankament dzisiejszej trasy ;) Drugi to drzewa i niszczenie natury, co widać na odcinku leśnym od wsi Czarne (DW152) po Policko. Skurwysyny jebane rżnęli te drzewa równo, a ja tam jadąc tak ich wyzywałem... Tak bardzo im życzę tego aby te drzewa spadły na nich i ich pozabijały. To jest po prostu coś nieprawdopodobnego co się dzieje w tym kraju. Niszczenie natury i wszystkiego na tak szeroką skalę.. Coś nieprawdopodobnego.. No cóż.. Nie mniej teraz trwał ostatni element przygody ;) Nie pisałem ale na trasę w dwóch niezależnych epizodach zawitał kolega MM ;) Zawitał do Iglic, i kawałek pod prawie same Potuliny nas odprowadził. A potem przyjechał na ognicho. Jednak jego już nie odprowadzaliśmy po ognisku ;) A to tylko dlatego, że przyjechał autem a tylko kawałek rowerem. W innym wypadku mógłby liczyć na podwózkę :) Na ognisko dołączył MK, który gnał do nas z Nowogardu - skąd naprawdę bardzo szybko dojechał (może nawet mniej niż 40 min), osiągną więc śr. koło 30 km/h! ;) Mała biesiadówa przy ognichu, dla tych co zostali. Ja, MK, MM.. I nabijanie kilometrów ;) I tak kilometrowo nie pokonam MK - który będzie miał ponad 200, ale i tak nie uważam, że zrobiłem mało.. :) Fajnie było, taki rowerowy dzień pełny przygód i niespodziewanych wydarzeń. No co jak co, ale nie spodziewałem się takich problemów jak zapadająca się podłoga w pałacyku Żelmowie. W Iglicach nie zdziwiłoby mnie to - zważywszy na to, że Iglice coraz mocniej podupadają, co jest przeze mnie nieustannie komentowane. W końcu w ramach mojego postanowienia noworocznego - przynajmniej raz w miesiącu Iglice odwiedzam - dzisiaj mogę sobie odbębnić odwiedziny w Iglicach za Wrzesień ;) W końcu mamy Wrzesień i w końcu tu byłem. A czy wrócę tu jeszcze w tym msc czy w Październiku? To się dopiero okaże.. Tym czasem jedna przygoda za mną, z której pozostaną tylko wspomnienia, a kolejne przygody przede mną, których losy dopiero przyjdzie mi i ewentualnie towarzyszom podróży odkryć! :)

Oto jedno ze zdjęć z trasy :)

trasa19wrzesnia2020zdj1.jpgtrasa19wrzesnia2020zdj2.jpgtrasa19wrzesnia2020zdj3.jpgtrasa19wrzesnia2020zdj4.jpgtrasa19wrzesnia2020zdj5.jpgtrasa19wrzesnia2020zdj6.jpgtrasa19wrzesnia2020zdj7.jpgtrasa19wrzesnia2020zdj8.jpgtrasa19wrzesnia2020zdj9.jpg


Mapa przebiegu trasy :)