Trasa z dzisiejszego dnia jest moją kolejną trasą, która odbywa się w ten długi weekend. Nie zważam na pogodę, a ta jak na zbliżającą się jesień - robi się taka kapryśna. Trochę pada, trochę wieje. I znowu pada. I tak ostatnie dni wyglądają. To moja kolejna, ale w sam weekend w zasadzie dopiero druga trasa, bo nie liczę samego powrotu w środę (14.08). Liczę już od piątkowej trasy (16.08) czyli tej: Iglice: Straszny Pałacyk. Nasuwa mi się z dzisiejszego dnia kilka wniosków obecnie mojej sytuacji życiowej. Otóż, praca i samo życie w dużym Szczecińskim mieście bardzo mnie ogranicza, i co gorsza unieszczęśliwia. Ma to wymiar psychofizyczny. Problemy ze snem w Szczecinie, wieczne zmęczenie, brak sił, ochoty na rowerek. Odkąd pracuję, bardzo ograniczyły się moje trasy. A w zasadzie tak było. Nie mniej po pracy, ciężko się zebrać na jakiś trening. Co innego zrobić to w drugą stronę. Najpierw rower a potem praca. Taka odwrócona psychologia. Bo mówiło się, że najpierw obowiązki a potem przyjemności. Tylko w tym konkretnym wypadku, a przynajmniej u mnie - brak tych przyjemności zmniejsza moją dyspozycyjność do podjęcia działań zawodowych. Mocno ogranicza moją efektywność. Kółko się zamyka. Każdy kolejny dzień unieszczęśliwia mnie coraz bardziej. Nie chce mi się tu chodzić. Nie podoba mi się takie życie. Nie odpowiada mi ono. Nie odpowiada mi najbardziej życie w mieście. Te codzienne dojazdy. Te życie na czas, bycie ograniczonym czasem.. To nie dla mnie. To bardzo smutne wnioski, ale takie się same napływają. Bo w zasadzie te kilka dni wolnych jakie mam, dały mi dużo. Robię właśnie drugą fajną trasę. I nie potrzebuję odpoczynku między trasami na poziomie 2 dni jak ma to miejsce w dniach pracy. Normalnie 1 dzień przerwy i działam znowu. A wyniki w kilometrach, powracają do mojej normy z normalnych wakacyjnych okresów.. za czasów studenckich. Od środy (14.08) zrobiłem następujące kilometrowe dystanse: 85 + 42 + 75. Czyli 202 km. A to nie wszystko. Bo planuje jeszcze w dniu jutrzejszym, gdy już niestety będę wracał na Szczecin (19.08) - zrobić jeszcze małą trasę. Jeszcze ok. 30 może nieco ponad 30 km. Co by jednak nie mówić, 200-300 km / tydzień to bardzo ładnie! Na spokojnie jestem teraz wstanie zająć się dłuższą nawet >100 km trasą. I w ogóle nie przeszkadza mi pogoda. A ta nie rozpieszcza. Nawet nie dołuje mnie ta pogoda. Moim problemem może być moja pierwsza i obecna praca, w której daję sobie okres do 3 lat. O ile oczywiśie będą mnie chcieli, i przedłużą mi umowę z okresu próbnego 1 rocznego w dniu 06.05.2020 r - na umowę o czas nieokreślony. Drugorzędna sprawa czy ja będę chciał. A czy będę? Na to może mieć wpływ kilka czynników. Czy zmieni się rynek pracy - tj. zostanie wprowadzony 4 dniowy dzień pracy, krótszy dzień pracy itd? Takie małe, ale pozytywne zmiany, mogą mieć na mnie pozytywne działanie :-) I zapewnić równowagę między życiem prywatnym a zawodowym. Między swoimi pasjami a odpoczynkiem. A póki co, póki co będę się wciąż męczył z myślą byle do Maja 2020 r. Do tego wydarzenia jeszcze 9 msc. Minęły dopiero 3 msc. Jeszcze się wiele może zdarzyć. Jeszcze może (być może), się polepszy. Piszę o tym jak jest teraz. Jakie mam teraz odczucia. A nie są za wesołe. No cóż, weekend sporo mi dał. Trochę wypoczynku, trochę fajnych tras. Tak naprawdę na dzień dzisiejszy rozważałem różne warianty trasy. Trasę na Kołobrzeg i powrót po remontowanej drodze DW109 przez Trzebiatów, trasę na Wyspę Chrząszczewo. A jednak postawiłem na Trasę z Buszującego w zbożu! Wczorajszego wieczora o niej myślałem. Jak postanowiłem tak zrobiłem. I co najważniejsze: NIE ŻAŁUJĘ SWOJEJ DECYZJI. Była to fajna trasa, w wymagających warunkach pogodowych. Do Gryfic przelotnie padało, za Grtyficami pod Bądkowo prawie nie przestawało padać. W ostatnie kilometry trasy znowu zaczynało kropić. Dzisiaj już taki cały dzień jest. Trochę deszczowy, wilgotny, wietrzny. To mi jednak nie przeszkadzało. Miałem silną wolę. Nawet ból nogi, mi nie przeszkadzał i mnie nie złamał. Pojechałem! Trasa zajęła mi nieco więcej czasu niż planowałem (nie pod względem samego czasu przejazdu) - ten jest w normie, ale w czasie nie planowanych i częstszych postojów. Wynikają one z bateryjnego problemu jaki wywiązał się podczas dzisiejszej trasy. O czym wspomnę w drugim akapicie :)
* Zapasowy licznik na wypadek awarii 1 * Poprawka licznika z powodu bugów 2019 r. Wartość jak na zdjęcu licznika.
ID wpisu: 457
Trasa nr [łączna]: 540
Trasa nr [na blogu]: 454
W tym tygodniu: 3
W tym miesiacu: 9
W tym roku: 113
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 532 dni [łączna]
Trasy unikalne [dzień = trasa]: 446 dni [na blogu]
Trasy wielokrotne [dzień = dwie trasy]: 8 dni
Stan Licznika Poczatkowy: 301.56 km
Stan Licznika Końcowy: 376.76 km
Stan Licznika Końcowy2*: 373 km
Stan Licznika 2* Poczatkowy: 12691 km
Stan Licznika 2* Końcowy: 12765 km
Maksymalna prędkość: 39.6 km/h
Przejechałem: 75.2 km
Przejechałem [msc]: 421.78 km
Przebieg roweru [rok]: 3370.44 km
Przebieg roweru [suma]: 20518.43 km
Przejechalem w 2019: 3370.44 km
Podroż dookoła świata (2019) 8.4261 [%] km
Podroż dookoła świata (łączna) 51.2961 [%] km
Czas jazdy: 04:31:33 h
Czas Jazdy Suma (ever): 1290:05:36 h
Czas Jazdy Suma (blog): 1066:39:28 h
Czas Jazdy Suma (2019): 210:22:22 h
Czas Jazdy Suma (w tym msc): 25:31:51 h
Średni czas jazdy w miesiacu: 02:50:12 h
Średni czas jazdy w tym roku: 01:51:42 h
Średni czas jazdy do tej pory: 02:20:03 h
Średnia: 16.65 km/h
Dzisiejszą trasę w ten szary, nie zapowiadający się od razu na deszczowy poranek rozpocząłem małą logistyczną wpadką. Szykowałem się do jazdy. Przed jazdą udało się nawet naoliwić łańcuch. Aby nie zgrzytał nieprzyjemnie. Z tym nieprzyjemnym efektem męczyłem się przez ostatnie trasy. Przez dużo ostatnich tras. Łańcuch był ostatni raz tak dawno smarowany, że już nawet tego nie pamiętam. Zawsze było tak, że może jutro, może następnym razem. I ostatecznie nie dochodziło do takiego kroku. Aż do dzisiaj. Problem jest w tym, że łańcuch owszem nasmarowałem. I po tym kroku od razu, bez żadnej refleksji wyszedłem i pojechałem. Niedługo, za nie całe 2 km się wróciłem. Nie wziąłem ze sobą wody na trasę. Jak się okazało, niepotrzebnie tyle brałem. Wziąłem 2 butelki, a w torbie miałem jeszcze 1 butelkę z ostatniej trasy. Nie jest aż tak gorąco, że będzie szło dużo wody. Na całej dzisiejszej trasie poszła zaledwie jedna butelka 1.5L. To nic. Przejechałem się niepotrzebnie :) Więcej kilometrów zrobiłem. I niepotrzebnie wiozłem te butle, które obijają się w coraz bardziej zniszczonej, i słabszej konstrukcyjnie sakwie. Kolejny element moich zaniedbań. Bo ja tą cholerną sakwę chciałem wymienić już po problemach z sakwą (regularnie przebijała mi butle z wodą), co opisywałem na trasie: ZS: Niebueszewo szlakiem Odry. Czas mija a problem się pogłębia. Co prawda na butle mam patent. Kilka miesięcy woziłem stare ręczniki w bocznych komorach sakwy, aby ją usztywnić. Obecnie mam tam wsadzone dwie deski. W tym samym celu. Na razie się trzyma. Ale to jest takie prowizoryczne. Czas mija a wraz z nim kolejne kilometry. Wielokrotnie obciążałem sakwę pakunkami. Na mniejsze, na większe trasy. Ta nie wytrzymuje tych prób. Przedziera się. Doraźnie sakwa jest naprawiana. Ale to nie rozwiąże problemu. Rodzi się pytanie czy w końcu coś z tym zrobię? Już nawet jeździłem, oglądałem nowe sakwy. Do zakupu nie doszło. A jest taka fajna w Gryficach, ok. 200 zł kosztuje. Może się na nią skuszę. Ale to najwcześniej z wypłatą za sierpień. To takie moje małe zaniedbanie, któremu sporo zdjęć robiłem. A tym czasem, uzupełniłem wodę na trasę. Jak się okazało, niepotrzebnie. No trudno. Ale uzupełniłem. I pojechałem. Po drodze stanąłem jeszcze na wylocie z Sowna. Wzrok mój przykuła maszyna do wstawiana rur z gazem do ziemi. To stara sprawa. Myślałem, że jest już załatwiona. Taki cholerny gazociąg z Goleniowa, co go od końca 2018 r., robią. Sprawę szerzej opisywałem np. tutaj: Na szlakach rur - Potuliniec i Sowno. Widzę tylko, że problem nadal nie rozwiązany. Trochę bliżej, też wracałem do tego problemu na trasie: Trasa "50-tka" & Obwodnica Płotów. I prawdopodobnie jutro tez do niego wrócę, bo planuję jutro pojechać na Lotnisko w Makowicach i zobaczyć czy wreszcie, pozbyli się z stamtąd wszystkich rur, i swojej bazy. Gdy ostatni raz byłem w tamtych stronach, te rury, ta baza wciąż tam była! A były to czasy wpisu: Podróż za słońcem. Więc trochę czasu minęło. Prawie 2 msc. Ciekawe czy coś się zmieniło. Tą zagadkę spróbuję odgadnąć jutro, jeśli jutro faktycznie pojadę. A póki co - jechałem moją ulubioną drogą DW108 do Golczewa. Miło wrócić w ulubione trasy. Po drodze spotkał mnie przelotny deszcz, który towarzyszył mi prawie pod same Golczewo. A wkrótce właśnie Golczewo, które minąłem bez większego zastanowienia się co tu robię. Miałem jednak myśli i plany związane z tym miejscem. Aby kiedyś tu przyjechać, aby pojeździć po całym Golczewie, po jego leśnych okolicach.. Taki projekt: Piękno Golczewa. Tak naprawdę ciągnę myślami dalej. Do drogi za Golczewem do Stuchowa, gdzie wiele ważnych wydarzeń ma miejsce. Otóż, problem masowej wycinki drzew. Problem zbyt dużej ilości aut, które niosą śmierć na drogach. Dzisiaj widziałem tak zamordowanego kota. Ale nie tylko. Widziałem też zamordowaną Łasicę. Lub Łasico (Fretko) podobne zwierzę.. To jest po prostu nienormalne. Magistraci w miastach, Urząd Marszałkowski jebanego Szczecina to istne wariatkowo. Kto to widział ustalać trasę Golczewo - Mechowo - Ciesław - Stuchowo jako ALTERNATYWĄ TRASĘ NAD MORZE?! Ta trasa powinna być zamknięta dla ruchu aut. Nie stanowić tutaj żadnej alternatywy! To nie są drogi nadające się do ruchu aut. A w wakacje, jak otumanione bydło pchają się tu kierowcy na rzeź. To nie jedyny problem. Kolejny jest dalsze niszczenie lasów pod Mechowem. Na rzeź idą kolejne drzewa, całe hektary.. Przejechałem się tam dzisiaj. I przez to uszkodziła mi się trochę Aurelia ;/ Rozjebało się mocowanie tylnego błotnika. Jak mi się kamień z rzezi wpierdzielił w szprychy. No ja kurwa... jakbym dorwał tych śmieci to bym ich na miejscu rozszarpał. Jak tak można bezkarnie niszczyć naturę! Ten problem rozszerza się także pod lasy, które są pod Łopianowem.. Coś strasznego i nie zrozumiałego. Problem ten w tym roku kilka razy poruszałem. Na takich trasach jak: Trasa Łęczna-Potuliniec a także Stracony cel: Wyszogóra - Taczały. Proceder nadal trwa. Mimo, że od Maja go tak często nie oglądam. Pod Szczecinem jest Puszcza Bukowa. To miejsce gdzie te kurwy mogą sobie co najwyżej ... sami wiecie co po wycinać. A drzew kurwa nie ruszą. No cóż, sielanka trasy się tak właśnie kończy. Już nie jest pięknie zielono wszędzie. Ale też smutno. Z tej rzezi, choć trudno szukać tu czegoś dobrego, mam właśnie dobry mały aspekt dzisiejszej trasy.. Otóż.. Nieśmiało wjeżdżam w lasy. Bo mam uraz do komarów. Ale co ciekawe.. nie ma komarów! Nawet much nie ma! Dziwne. Ale tak jet! I jak dla mnie ten stan rzeczy może pozostać! Tym czasem jadę dalej. Wciąż moknę i schnę. Walczę z wiatrem. I z bateriami kamerki. Jeszcze przed Stuchowem się trochę sprawa zjebała, często musiałem stawać bo nie chciały się baterie ładować -.- Udało mi się jednak problem rozwiązać. I spokojnie ze Stuchowa do Gryfic dojechałem wzdłuż drogi DW105. Tu nie wspomnę.., że bardzo źle znoszę widok wymordowanych z końcem 2018 r., drzew, które rosły wzdłuż drogi DW105 za Gryficami do Borzyszewa. Jedynie w części Borzyszewa, Zaleszyc zachowały się drzewa. Ale wraz z budową chodnika - wymordowano tutaj drzewa.. Jak to wygląda! Jak się okazuje, wkrótce ten smutny widok oglądałem także na drodze do Łopianowa, gdzie od Gryfic mną stop padało i padało. Wcześniej w dniu dzisiejszym też padało. Ale nie tak długo! Teraz nie chciało przestać! Deszcz uspokoił się dopiero gdy byłem już za Łopianowem, jechałem w stronę Bądkowa. Nie mniej, ta deszczowa pogoda pozwoliła obejrzeć mi przepiękne widoki.. na pola, w oddali lasy.. Skryte mgłą, deszczem.. Gdyby nie padało, nie byłoby tak pięknie i cudownie. I tak właśnie sobie myślę, że dzisiejsza trasa jest pod wieloma względami podobna do trasy z przed 5 msc: Trasa buszującego w zbożu. Pogoda: jest dzisiaj 2x cieplej. Przebieg: zrobiłem 3x więcej kilometrów. Ale spawy wspólne: pochmurnie, deszczowo, przepięknie! Deszcz, burza, i inne zjawiska wcale nie są takie złe. Bo czasami odkrywają przepiękne sekrety natury. Tak jak dzisiaj. Nie mogłem przestać podziwiać piękności terenów za Łopianowem w stronę Bądkowa. Tutaj miałem ciężki przejazd. Przez pola.. Gdzie pierwsze pole już skoszone. A drugie było dla mnie niespodzianką! W poprzednich latach rosły tam inne roślinki aniżeli buraki cukrowe jak w tym roku! Trasa się nie mniej udała. Gdy już dojechałem do Bądkowa było dobrze. Podobnie jak 5 msc temu - ubrudziłem cały siebie, i rower! :D I ruszyłem.. Przyjechałem starą drogą DK6 aby tradycji stała się zadość! Choć mogłem jeszcze jechać drogą S6. Ostatnie takie możliwości. Na razie nie skorzystałem. Za to zjechałem z wiaduktu drogi S6. To nim wkrótce będzie się zjeżdżać z Bądkowa (i Kocierza) do drogi DK6. I powiem tak, to jest bardzo przejebany pomysł. Bo stąd w ogóle nie widać czy coś na DK6 jedzie... zakręt przeszkadza :) Nie ma czym się jednak przejmować. Wiadukt jeszcze nie gotowy. Dopiero utwardzony piach na nim jest. Taki stan rzeczy pewnie jeszcze jakiś czas potrwa. A tym czasem gnałem, gnałem i to bardzo szybko w rodzinne strony. Zwykle jadąc 20-30 km/h. Nie dość, że miałem sporo sił, to chciałem aby wystarczyło mi akumulatorka. W ten lekki deszczyk kolejna wymiana byłaby kłopotliwa :) Wolałem sobie ten problem darować. I dojechałem. Prawie nie zmęczony, brudny i szczęśliwy. Miło spędziłem czas. Miło zleciał dzień. Na szczęście nie muszę się przejmować tym, że jutro do roboty. Bo jutro jeszcze mam wolne, jeszcze ten jeden dzień :-)
Oto jedno ze zdjęć z trasy :)